Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: Szkoła Językowa Porto Alegre  »  Artykuły  »  Odkrywamy Amerykę - Ticos
Odkrywamy Amerykę - Ticos

W krainie Ticos

Łukasz Udziela

Pura vida, czyli „samo życie” – tak, wylegując się na werandzie, pozdrawiają się na co dzień mieszkańcy Kostaryki – kraju słynącego z doskonałej kawy, bananów i palmiastych plaż. Na wąskim pasie ziemi pomiędzy dwoma oceanami żyją ludzie, którzy sami na siebie mówią Ticos.

Nazwa Ticos pochodzi prawdopodobnie od ich niezwykłego wprost umiłowania do zdrabniania wszystkich wyrazów. Ich ojczyzna – Kostaryka, z racji swojej względnej zamożności i usilnej neutralności zwana jest przed niektórych „Szwajcarią Ameryki Środkowej”.
O stolicy kraju – San José można powiedzieć tylko tyle, że jest. Prawie dwumilionowa metropolia, wchłaniająca powoli pobliskie miasteczka, mieści się w leżącej w samym środku kraju dolinie Valle Central. Ktoś odpowiedzialny miał kiedyś zły pomysł, rzucił złe hasło, w każdym razie w latach 40. wyburzono tu większość XIX-wiecznych budynków, stawiając na ich miejsce betonowe, pokryte falistą blachą, które skutecznie wspierają miasto w konkursie na najbrzydszą stolicę Ameryki Środkowej.
Porto AlegreAle nie samą stolicą człowiek żyje, a to, z czego słynie Kostaryka, to naturaleza. Około 20 % powierzchni kraju to parki narodowe, w których spragniony wrażeń turysta może zobaczyć wszystko od wulkanicznej pustyni począwszy, na dusznej dżungli skończywszy. Parkiem narodowym może być wulkan, zachowany fragment lasu deszczowego albo kawałek plaży, który akurat jeden gatunek żółwi upatrzył sobie na składanie jaj. Co do wulkanów, to – jak wiadomo, ludzkość kocha budować sobie siedziby u ich podnóży (żeby podać za przykład choćby Meksyk, Neapol czy Quito).

 

Wulkan Poas, fot. Łukasz Udziela

  Wokół San José są aż trzy – w tym dwa czynne. Jeden z nich, Irazú, ostatnio eksplodował w 1963 r., zalewając całą stolicę kilkunasto centymetrową warstwą błota. Najbliżej miasta jest wulkan zwany Poás – obowiązkowy cel każdego turysty i tym samym doskonała maszynka do robienia pieniędzy. Jednak ci, którzy spodziewają się dzikiej dżungli, stromych podejść i Indian ciskających głazy ze zboczy, srogo się rozczarują. Otóż Poás to jeden z niewielu wulkanów na świecie, na które można podjechać asfaltową drogą aż pod sam krater, a szlak turystyczny biegnący w jego okolicy wylany jest betonem – brakuje tylko ścieżek rowerowych. Wystarczy jednak spojrzeć w dymiące wciąż trzewia kilometrowego krateru, na zielone jezioro siarki, udać, że nie słyszy się setek turystów, i można poczuć się prawie jak na Księżycu.

Jeśli ktoś oczekuje mocniejszych wrażeń, udaje się 100 kilometrów dalej na północ do okrytego złą sławą wulkanu Arenal. Po dotarciu do uroczego miasteczka La Fortuna (trudno o lepszą nazwę dla miejscowości leżącej u podnóży góry-zabójcy) oczom ukazuje się idealny wprost szary stożek, który właściwie przez cały czas jest aktywny, a w nocy raczy widzów pokazami płynącej lawy i efektownych eksplozji (o ile akurat nie jest przesłonięty chmurami, co zdarza mu się dość często). Mieszkający w okolicy dobrze zadbali o całą otoczkę. Za garść dolarów (raczej pokaźną) można sobie popływać w gorących źródłach, pochodzić po jaskiniach, pojeździć konno i oczywiście wybrać się z przewodnikiem na zbocza góry. Oprowadzający kochają opowiadać związane z wulkanem historie, jak np. tę o pewnym nieszczęśniku, który w 1996 r. wybrał się pobiegać u jego podnóży. Wulkan, jak to wulkan – „beka” od czasu do czasu sporymi kawałkami kamieni. Pech chciał, że „beknął” akurat tego dnia, jeszcze większy pech, że kamień wielkości mniej więcej fiata 126p spadł akurat na głowę amatora porannych biegów... Nie było czego zbierać.

Porto AlegreNiebezpieczeństw w tym kraju generalnie nie brakuje – natura zadbała o żmije, krokodyle, skorpiony, rekiny, jadowite żaby i ulicznych sprzedawców, nachalnie wciskających swoje towary. Najlepiej uciec od nich na ciepłą plażę. Tutaj możliwości są duże – istnieją tu bowiem plaże z piaskiem białym, żółtym, szarym, czarnym, kamieniste z palmami i bez. Na dodatek mamy pod nosem aż dwa oceany. Jeśli ktoś chce sobie zadać trud, może obejrzeć wschód słońca nad Morzem Karaibskim i po forsownej jeździe krętymi górskimi drogami obejrzeć zachód na wybrzeżu Pacyfiku. Dwa wybrzeża to też dwa odmienne światy – karaibskie to obszar plantacji bananów, zamieszkały przez pochodzącą z Jamajki czarną mniejszość. Jest to też mekka amatorów różnych mniej lub bardziej legalnych używek, które rosną sobie gdzie popadnie, a spożywane są w niezwykle popularnych przy plażach barach reggae. Zostając w szeroko pojętym temacie używek, nie należy się dziwić, kiedy kelner w restauracji na dobry początek zaproponuje cocę – tak tutaj mówi się na coca colę i nie ma to nic wspólnego z bliskością Kolumbii i jej głównego towaru eksportowego.
W porównaniu z dekadenckim i wyluzowanym klimatem Karaibów wybrzeże Pacyfiku to istne zagłębie turystyczne – wśród tłumów surferów, spragnionych słońca emerytów i innych urlopowiczów życie płynie tu szybko i głośno (z wyjątkiem oczywiście pory deszczowej, kiedy wszystko się wyludnia). Najbardziej znane kurorty to Jacó, Tamarindo i Manuel Antonio, rywalizujące ze sobą o tytuł „środkowoamerykańskiej stolicy surfingu”. Częściej słyszy się tu angielski niż hiszpański, o czym świadczą również napisy i fakt, że nawet miejscowi wolą rozmawiać w języku gringos niż w ojczystej mowie. Ceny oczywiście także są odpowiednie, ale jak komuś nie przeszkadza spanie z jaszczurkami i deptanie po krabach w łazience, to można znaleźć i pokój za ludzką kwotę. Woda jest ciepła, fale wysokie, pomiędzy ręcznikami przechadzają się iguany (uwaga! – są pod ochroną, a podobno mięso z tego jaszczura to prawdziwy rarytas) i sprzedawcy paciorków. Idylliczny klimat powoduje, że wielu Amerykanów kupuje na wybrzeżu letnie posesje i stawia domki. Jakie musiało być ich zdziwienie, kiedy kilka lat temu rząd znacjonalizował tereny znajdujące się w odległości 100 metrów od plaży i tysiące obcokrajowców ze szczęśliwych właścicieli stało się dzierżawcami. Ale czego się nie robi, żeby dokopać gringos. Jak powszechnie wiadomo, na południe od Rio Grande Amerykanie to wredne pijawki, które wysysają krew z biednych Latynosów. Ticos do perfekcji opanowali za to sztukę wysysania z gringos dolarów (co niestety odbija się też na Bogu ducha winnych Europejczykach). W wielu restauracjach obowiązuje podwójne menu – dla miejscowych i „turystyczne”, o odpowiednio zmienionych cenach; za wstęp do parku narodowego Kostarykanin płaci 350 colonów (ok. 70 centów), turysta – 3500, i nie pomoże nawet dobry hiszpański, płacisz i już.

Porto Alegre

Plaża Samara w Guanacaste, Fot. Łukasz Udziela

  Generalnie mieszkańcy Kostaryki to dość ciekawy naród – pozostali Latynosi patrzą na nich z lekką pogardą (ale i zazdrością) jako na pupilków USA, zmanierowanych i zadufanych w sobie. Jest w tym trochę racji –

Ticos

nie chodzą na zakupy do  mercado, ale do shopping center, w sklepach nie ma rebajas, ale sales, nikt nie tańczy salsy na ulicach – ludzie wolą chodzić do night clubs. Oczywiście amerykanizacja dotyka głównie San José, na prowincji nadal można zobaczyć wąsatych muchachos żwawo poganiających osiołki, ale zdecydowanie za często mijają ich terenowe Land Rovery.

Z drugiej strony każdy Kostarykanin jest dumny ze swojego kraju – demokratycznie rządzi się tu od początków jego istnienia, prawie nie było przewrotów wojskowych, a to dzięki temu, że kraj nie posiada armii. Głównie to powodowało, że w dobie kiedy nad regionem zawisło widmo komunizmu i większość krajów zmagała się z lewicową partyzantką, Kostaryka była oazą spokoju, w którą USA pompowały dolary, chcąc utrzymać status quo

i przyczyniając się pośrednio do obecnej sytuacji pozornej sielanki oraz zmieniając nieco mentalność Ticos, którzy stali się trochę rozleniwieni i czasami zachowują się tak, jakby wszystko im się należało. To wszystko nie zmienia faktu, że mimo licznych wad mieszkańcy tego kraju żyją sobie w spokoju na niezłym poziomie, nie martwią się jak np. Nikaraguańczycy, co włożyć do garnka ani kto i czym może ich zaatakować za rogiem.

Jeżeli ktoś szuka bardziej latynoskich klimatów, ma do wyboru dwa kierunki. Północno-zachodnia część kraju, Guanacaste – inna od pozostałych prowincja, gdzie mieszkają sabaneros – kostarykańscy kowboje i hodowcy bydła w szerokich kapeluszach, wciąż romantycznie przemierzający konno pastwiska i wzgórza. Guanacaste było kiedyś częścią Nikaragui i dopiero po referendum przyłączono je do Kostaryki – jego wyniki wciąż pozostają kością niezgody między oboma krajami. Z kolei południowe rejony to najmniej znana część kraju – prowincja Puntarenas, gdzie pomiędzy plantacjami bananów i oleju palmowego można jeszcze znaleźć dziewicze lasy. Te tereny to też ojczyzna Diquis – żyjącego tam przed przybyciem Kolumba plemienia Indian. Co prawda daleko im było do Inków czy Majów, jednak zostawili po sobie coś, co do dzisiaj zadziwia badaczy – tajemnicze kamienne kule. Tysiące ich można znaleźć w południowej Kostaryce i zachodniej Panamie. Ich średnica waha się od 20 cm do 2 metrów. Dlaczego i jak Indianie je robili, nie wie nikt. Kule są idealne i rozproszone niby bez ładu i składu, chociaż niektóre leżą też w kręgach podobnych do Stonehenge. Najbardziej chwytliwa teoria mówi, że ich twórcami byli nie jacyś tam dzikusi, ale rasa wyższa. Mówi się o odpadach ze statków kosmicznych, a nawet o kamiennych pociskach. Z tych teorii nic sobie nie robią kostarykańscy bogacze, którzy wprost kochają stawiać sobie te kule przed swoimi willami, a posiadanie przynajmniej jednej stało się chyba wyznacznikiem zamożności. Na pewno takimi wyznacznikami są: posiadanie domu na przedmieściach, terenowego samochodu, uzbrojonych po zęby ochroniarzy (w końcu to wciąż Ameryka Łacińska) i wysyłanie dzieci na studia do Miami.

Na koniec coś dla żołądka – kuchnia Kostaryki niestety nie rozpieszcza. Narodową potrawą tego kraju to gallo pinto (malowany kogut), czyli ryż zasmażany z czarną fasolą i jajkami. Dobre kilka razy, ale no cóż – Ticos jedzą to codziennie. Ogólnie codzienna dieta opiera się na ryżu, fasoli i kurczakach, a szkoda, bo przy tylu owocach i warzywach można się było pokusić o coś bardziej wyszukanego. W Kostaryce występują dary natury, których nigdzie indziej spotkać nie można – między nimi są np. pejibaye  – dalecy kuzyni kokosów rosnący na samej górze palm. Jada się je z... majonezem. Innym przysmakiem jest cas – kwaśny owoc, z którego każda pani domu robi genialny sok. Do tego trzeba dodać szwadron innych, przeróżnych tropikalnych owoców, które można wyciskać, ciąć w plasterki i szatkować, a na targach od ich kolorów dostać oczopląsu. Każdy nawet najbardziej obskurny bar serwuje całą paletę naturalnych soków owocowych na wodzie lub mleku. Za ok. 3 zł każdy może sobie zafundować taką witaminową bombę.

W porównaniu z kuchnią o niebo lepiej przedstawia się sytuacja, jeśli chodzi o „część procentową”.

Ticos lubują się w piwie – prym wiodą (uwaga na nazwy!) – Imperiál, Pilsen, Bavaria i Rock Ice. Nie ulega wątpliwości, że ani nazwy, ani piwo nie są lokalnego pochodzenia. Tworzyli je ci, którzy chyba za bardzo zabawili na Oktoberfest i wsiedli na nie ten statek, co trzeba. Niemiecka solidność dała o sobie znać, więc i piwo jest smaczne. Dla chcących spróbować czegoś naprawdę lokalnego pozostaje guaro – wódka z trzciny cukrowej, sprzedawana w plastikowych butelkach (cena odpowiednia do jakości), no i wszechobecny rum – prawdziwa perła wśród alkoholi. Ten z Kostaryki nie umywa się co prawda do nikaraguańskiego Flor de cana, ale i tak zacny to trunek.

A zainteresowanym surfowaniem wśród rekinów, przetaczaniem kamiennych kul i wspinaniem się na wulkany z butelką Imperiál w plecaku pozostaje tylko wskakiwać w samolot. Ważne, żeby nie tracić chęci. 

 

 

Łukasz Udziela - Absolwent politologii i studiów latynoamerykańskich na UJ. W Porto Alegre od lat uczy się hiszpańskiego i portugalskiego