Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Wędrówki poza Buenos Aires. Delta Tigre

Wędrówki poza Buenos Aires. Delta Tigre

Ewa Stala

     Według spisu z 1991 roku Tigre miało prawie 260 tys. mieszkańców i zajmowało powierzchnię 368 km kw. Ale kiedy nazywało się Partido de Tigre (od 1952), a jeszcze wcześniej Partido de las Conchas, nie miało nic wspólnego z obecnym coraz bardziej turystycznym i komercyjnym miasteczkiem. W 1854 roku, położone między prawym brzegiem Parany a Río de la Plata i oddalone o 39 km na północny wschód od Buenos Aires Tigre liczyło 960 mieszkańców,  z czego 10 procent stanowili imigranci: głównie Włosi, Portugalczycy, Hiszpanie. Na wyspach prosperowało 10 pulperías (rodzaj wielofunkcyjnej karczmy) i sklepów, domów było 24, za to ranchos (gospodarstw) 166, 3200 krów, 2000 koni i 4200 owiec...

     Na początku mieszkali tam Indianie... Guaraníes, querendíes, tehuelches... W 1580 przybył na wyspy Juan de Garay... 24 października owego roku wspomina się o Tigre po raz pierwszy, jeszcze pod nazwą Riachuelo de las Conchas (Strumyk Muszli), jako że w pobliskich wodach znaleziono ślimaki i muszelki typowe dla słodkich wód. Założony wówczas port stał się łączem między kontynentem a wyspami oraz jednym z pierwszych sąsiedztw niedawno założonej osady Buenos Aires... Gdzieś około roku 1830 na terenach ówczesnego Riachuelo pojawił się jaguar albo amerykańska odmiana tygrysa, na pamiątkę zabitego zwierzęcia i zażegnanego niebezpieczeństwa, osadę przemianowano na Tigre.

     Pod koniec wieku XVIII Partido de las Conchas osiąga apogeum swojego rozwoju: na wyspach jest 9 tartaków i 1 stocznia. Ale kolejne zalewy wysp powodują, że w 1820 zakłada się je ponownie. W ogóle Delta del Tigre to miejsce, gdzie wszystko zdarzyć się może. W 1900 napływa fala upałów,  w 1918 spadł śnieg, a 1930 na wyspy opadły wulkaniczne popioły.

     Historycznie, ten mały archipelag położony na obrzeżach miasta w delcie rzeki Río de la Plata, od 1680 chronił Buenos Aires przed kontrabandzistami z terenów obecnego Paragwaju,  a zwłaszcza Brazylii (słynnymi bandeirantes) oraz służył jako port. Żeby zamieszkać na jednej z wysepek wystarczyło zgłosić się do Urzędu Miasta, praktycznie były to ziemie niczyje.

     Tigre położone, bądź co bądź, na kontynencie było synonimem stałego lądu, umownym zresztą, bo wciąż zalewanym i podmywanym przez wodę. Na wyspach podział prac był ściśle określony: kobiety zajmowały się wypiekiem chleba, przygotowywaniem jedzenia, pomagały mężczyznom w suszeniu błota na adobe (rodzaj budulca z wyschniętej gliny i słomy), a od kiedy Domingo F. Sarmiento wprowadził uprawę wikliny, obierały trzcinę, z której wyplatano kosze. Mężczyźni zajmowali się rolnictwem, łowieniem  ryb (rybołówstwo to za duże słowo), handlem owocami, ścinką drzewa i jego transportem do portu oraz wyrobem i sprzedażą  skrzyni na owoce i tanich trumien; tanich, bo robionych z topoli, jedynego drzewa, jakiego było pod dostatkiem. Życie toczyło się swoim rytmem... wyspy na wiosnę topiły się w jaśminach, latem wypełniały się zapachem pomarańcz... wieczorami zasiadano do posiłku... bez pośpiechu... w ciszy... między wsypami pływało się w łódkach, własnych, albo należących do transportu publicznego, tzw. łódkach-autobusach... To wspomnienia jeszcze z lat 70 ubiegłego wieku... W 1865 do Tigre dojechał pierwszy pociąg, a kiedy na rynku pojawił się plastik, skończyło się zapotrzebowanie na topolowe skrzynki, a wraz z nim splendor Tigre. Splendor niemały, zważywszy, że właśnie w Tigre, w hotelu Aeronavegantes  pomieszkiwał  J.L. Borges, a w hotelu El Tropezón, samobójstwo popełnił Leopoldo Lugones...

     Obecnie Tigre to miejsce wypadowe dla porteños. Na weekend poza miastem, dalej: na wyspę Martín García, dawne schronienie przemytników i więzienie dla prezydentów, na której wojskowi, zmuszeni do opuszczenia (prawdopodobnie ze względu na bliskość z Urugwajem), zniszczyli wszystko: i swoje koszary, i skromne domki tzw. dziewczyn albo jeszcze dalej, do Urugwaju. Tak naprawdę w dobrym tonie (poza tym szybciej i pewnie wygodniej) jest popłynąć eleganckim promem prosto z portu w Buenos Aires do Montevideo albo do Colonia del Sacramento. Ale można inaczej...

     Po Buenos Aires kursuje słynny autobus numer 60... sława jego polega na tym, że ma tysiąc różnych tras i dlatego miejscowi mówią, że 60 jeździ wszędzie... Jeżeli trafić na odpowiedni 60, to można dojechać do samego Tigre. A tam wsiąść w malutką łódkę-autobus, ostatnio zresztą coraz większą i coraz bardziej nowoczesną... Po drodze mijamy tonące w zieleni brzegi delty i małe wyspy, a na nich domki na palach... Za oknem na wyciągnięcie ręki brunatna woda Río de la Plata... obok mijają nas kajaki i motorówki, pozdrawiając machaniem albo klaksonem... a potem wyspy stają się coraz  mniejsze i mniejsze i zostaje tylko brunatna woda „Srebrnej Rzeki” i huk starego silnika... wszystko to trwa jakieś trzy godziny, w sam raz, żeby zostawić za sobą pulsujący rytm wielkiej metropolii... Dopływamy do Carmelo, założonego w 1816 roku przez bohatera narodowego Artigasa, zwane początkowo Miastem o krów (Pueblo de las vacas), następnie Pueblo del Carmelo, skąd obecna nazwa Carmelo... Dopływamy do Urugwaju... I od razu wiadomo, że to zupełnie inna historia....

 

Dr Ewa Stala – Pracuje w zakładzie Iberystyki UJ, specjalizuje się w językoznawstwie historycznym.