Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Urugwaj - moje magiczne miejsca

Urugwaj - moje magiczne miejsca     

                9 stycznia po 14 godzinach lotu z Frankfurtu wylądowałam wreszcie w Buenos Aires. Stojąc w ogromnej kolejce do odprawy paszportowej, z kurtką pod pachą i w długich spodniach cieszyłam się, ze nie przyszło mi do głowy ubrać się tak jak podróżujące tym samym samolotem Niemki – w buty z kożuszkiem. Było 27 stopni: wróciłam do Ameryki Południowej! Jeszcze tylko niewiele ponad trzy godziny podróży (promem przez Río de la Plata i dalej autobusem) i znajdę się 9w Montevideo, w Urugwaju. Teraz było zupełnie inaczej niż podczas pierwszej podróży osiem miesięcy wcześniej. Wtedy jechałam do miasta, o którym wiedziałam tyle, ile mogłam przeczytać w przewodniku (czyli niewiele); teraz wracałam do moich ulubionych miejsc.

Z okien wygodnego autobusu (z klimatyzacją!) przyglądałam się znajomym widokom: domom rozrzuconym w ogromnych odległościach od siebie, palmom i zielonym łąkom ze stadami krów. Większość Urugwajczyków mieszka w miastach (ok. 89% ludności), a najwięcej (prawie połowa) w Montevideo.

Podróż minęła mi szybko i przyjemnie. Autobusy w Urugwaju zachęcają do podróżowania nimi. Zawsze z klimatyzacją, toaletą i rozkładanymi siedzeniami. Te na dłuższe trasy, np. do Brazylii to już naprawdę wysoki poziom. Można kupić bilet na „coche cama” (jest oczywiście droższy od zwykłego biletu) i podróżować w komfortowych warunkach: całą dolną część autobusu (wyłączając kabinę kierowców) zajmuje dziewięć wygodnych foteli rozkładanych prawie zupełnie poziomo, pasażerowie dostają koc, poduszkę i posiłek, co jakiś czas zagląda steward z kawą.

Mój autobus – z Colonia del Sacramento do Montevideo – dotarł na miejsce po 2,5 godz.

          Montevideo leży na wschodnim brzegu La Platy. I to właśnie tam ruszyłam jak tylko ochłonęłam po doznanym szoku termicznym (jednak w styczniu różnica temperatur jest zbyt duża, żeby pozostało to obojętne dla organizmu, przynajmniej mojego). Wybraliśmy się na plażę Pocitos. Cała wyprawa obejmuje spacer przez park i uliczki Montevideo w większości zacienione przez ogromne platany. Na końcu wychodzi się na aleję, z której przez tunel z platanów widać już plażę. Kiedy poszłam tam pierwszy raz w zeszłym roku zapamiętałam głównie spacerujących ludzi z termosami pod pachą i popijających mate. My też byliśmy zaopatrzeni, po drodze kupiliśmy jeszcze pyszne gorące rogaliki z marmoladą i pijąc mate dotarliśmy na plażę.

Początkowo plaża w Pocitos służyła za prywatne kąpielisko dla rodzin mieszkających w centrum miasta, dlatego pierwszymi budowlami były tam rezydencje letnie, a później restauracje otwierane z myślą o mieszkańcach centrum i turystach z Argentyny, którzy zaczęli uważać Pocitos za swoje ulubione miejsce na letni wypoczynek. 

Dziś jest to typowa plaża miejska, wzdłuż niej biegnie rambla, a po drugiej stronie ulicy stoją wysokie, nowoczesne budynki. Wieczorami ludzie biegają, grają w piłkę, spacerują, piją mate. Kiedy siedzi się na piasku z miastem za plecami, słuchając szumu fal można zapomnieć o całym świecie. Jest to jedno z moich ulubionych miejsc w Montevideo.

Po drugiej stronie ruchliwej ulicy, wśród wielu restauracji znajduje się La Pasiva. Jest to sieć restauracji rozrzuconych po całym mieście. Jedzenie może niekoniecznie zdrowe, ale niedrogie i pyszne. Wspaniałe gorące kanapki, parówki z mozarellą, pizza, fainá (rodzaj pizzy ale ciasto robi się z mąki z ciecierzycy), mięso i musztarda – specjalna, robiona według „tajemniczej” receptury. Słynną przekąską jest chivito, kanapka ze stekiem, serem, sałatą, pomidorami, bekonem i przyprawami. Kiedy trafiłam tam pierwszy raz zamówiłam jakieś danie z mięsem. Porcją, którą dostałam mogłyby się spokojnie najeść 2 osoby. Zjadłam sama, ale potem musiałam się wybrać na kilkugodzinny spacer. A na deser polecam massini – ciastko z bitą śmietaną i skorupką z karmelu. Do tego „un cortado” – kawa z gorącym mlekiem w idealnych proporcjach.

Po przerwie na kawę czas na dalszy spacer. Głównym „bohaterem” centrum Montevideo jest Avenida 18 de Julio, nazwana tak na pamiątkę dnia przyjęcia pierwszej konstytucji Republiki Urugwaju (18 lipca 1830 r.). Ulica ma swój początek na Plaza Independencia, placu, który znajduje się naprzeciwko bramy Starego Miasta (Ciudad Vieja) i jest początkiem Ciudad Nueva. Jest to główny plac miasta, na środku stoi pomnik bohatera narodowego (gen. José Gervasio Artigas), a pod pomnikiem mieści się jego mauzoleum. Ulica 18 de Julio to sklepy, muzea, place - gdzie na świeżym powietrzu można coś zjeść w przerwie w pracy, stoiska z pamiątkami, a przede wszystkim liczne bary, restauracje i kawiarnie. Podczas spaceru koniecznie trzeba wstąpić do którejś z nich (np. do Café Central), usiąść przy wielkim oknie i popijając kawę obserwować przechodniów. Jesienią i zimą do kawy polecam gorące, ogromnie kaloryczne i pyszne churros.

Ulica 18 de Julio i ulice przylegające do niej to istny raj dla miłośników książek. Księgarnie są tam na każdym kroku, zwłaszcza z używanymi książkami. I takim magicznym miejscem, gdzie oprócz książek można znaleźć dosłownie wszystko jest targ – Feria de Tristán Narvaja, który odbywa się w każdą niedzielę. Odwiedzając Montevideo nie można pominąć tego miejsca, nie trzeba kupować; ale koniecznie trzeba zobaczyć starocie, znaczki, książki, monety, zwierzęta domowe, kury, owoce, warzywa, stare płyty, koszulki, obrazki, mate – jest tam wszystko. A na ulicy, na której odbywa się targ jest mnóstwo maleńkich antykwariatów. W zeszłym roku wstąpiłam do jednego z nich i tak poznałam starszego pana, którego dziadek przyjechał do Urugwaju z Polski.
Nocą ulica 18 de Julio zamienia się w centrum kulturalno-rozrywkowe. Otwierają się teatry, dyskoteki, bary, w których tańczy się tango. W soboty wieczorem na placu Entrevero tańczą tango wszyscy, którzy mają na to ochotę.

Warto odwiedzić również Ciudad Vieja, pełne małych galerii sztuki, pamiątek i słynnych barów (boliches) z końca XIX wieku jak: Almacen del Hacha, Cafe Brasilero, Fun Fun, La Giralda. Niestety, w tej części miasta lepiej nie znajdować się po zmroku i nie nosić przy sobie cennych rzeczy, bo bardzo łatwo można zostać okradzionym. Mnie też się to przydarzyło w ubiegłym roku, zbyt beztrosko potraktowałam ten problem i po prostu dałam sobie ukraść torebkę z całą zawartością. Nie zmieniło to mojego stosunku do Montevideo, tylko bardzo mi żal, ze nie można w pełni korzystać z uroków Starego Miasta. Zwłaszcza, że to tam znajduje się Mercado del Puerto, punkt obowiązkowy dla każdego turysty i mieszkańca stolicy. Od ponad 100 lat to największe centrum gastronomiczne Urugwaju, pełne restauracji i barów. Najbardziej znanym daniem jest „parrilla uruguaya” – różne kawałki mięsa upieczone na ruszcie, z których chyba najlepsze jest asado (żeberka), natomiast nieco mniej polecam nerki czy jelito (choć dobrze upieczone są nawet smaczne).

Po tych wszystkich spacerach polecam jeszcze małą wycieczkę na Cerro de Montevideo, wzgórze z fortem, z którego rozpościera się przepiękny widok na wybrzeże i miasto.

Wydaje mi się, że o Montevideo mogłabym pisać bez końca. Wiele osób pytało mnie co jest takiego w tym mieście, że chcę tam wracać co roku, dlaczego tak je lubię i za czym tęsknię będąc w Krakowie. I nie wiem co odpowiedzieć. Chodząc po księgarniach znalazłam w jakiejś książce takie słowa:

 

„Tal vez por ese mar que te rodea

Tal vez por ese viento que te empuja

Es que me paso inventando tus esquinas

Y siempre vuelvo a vos, Montevideo

 

I coś w tym jest. Mnie urzekła atmosfera tego miasta i wiem, że już muszę rozglądać się za kolejnym biletem.

Poza Montevideo Urugwaj ma jeszcze przepiękne wybrzeże atlantyckie.

 

         Punta del Este to miasto typowo turystyczne z nowoczesnymi hotelami, kasynami i rozrywkami dla turystów z zasobnym portfelem. W czasie wakacji uliczki i plaże są przepełnione, miasto żyje dzień i noc. W nocy ciężko było nam się przedrzeć przez zatłoczone centrum, trudno znaleźć miejsce w barze… Po wakacjach świeci pustkami.

To miejsce dla turystów lubiących europejskie i północnoamerykańskie kurorty.

My wybraliśmy się na 2-tyg. wypoczynek trochę dalej. Mieszkaliśmy w Arachania, poza domkami wzdłuż plaży nic więcej tam nie ma. Przyjeżdża się tam na wakacje. A domki o różnym standardzie. Nasz np. był bardzo prosty i jak się okazało (ostatniej nocy na szczęście) pełen skorpionów. Dla nas to było wydarzenie, ale właściciel domku stwierdził spokojnie, że jest ich tam pełno i dlatego nie trzeba spać nago, bo pogryzą…Cóż, na szczęście dowiedzieliśmy się o tym wyjeżdżając. W Arachania wypoczywa się na plaży i poza sklepem spożywczym, mięsnym i piekarnią nic więcej tam nie ma. Dlatego warto zrobić sobie kilka wycieczek po okolicy. Spacerkiem wzdłuż plaży dotrzemy do La Paloma. To już większe miasteczko gdzie można zjeść, kupić pamiątki czy wspiąć się na latarnię morską i podziwiać ocean.

Idąc plażą w przeciwnym kierunku dojdziemy do La Pedrera, spacerkiem ok. 40 min. Tam, poza przyjemnymi miejscami gdzie można zjeść czy napić się kawy polecam księgarnię połączoną z galerią sztuki i winiarnią. Właściciele w ciągu roku prowadzą księgarnię w Montevideo. A na wakacje przenoszą się do La Pedrera i tam na kilka godzin wieczornych i nocnych przekształcają swoje mieszkanie w galerię. Do ogródka wystawiają stoliki, przy których turyści piją wino, przeglądają książki, słuchają muzyki. Miejscami ustawione są obrazy. W mieszkaniu – półki z książkami, półki z winem – wszystko dostępne dla gości. Magiczne miejsce, można by tam zostać całą noc…    

       Cabo Polonio to kolejne miejsce, którego nie wolno pominąć. Pojechaliśmy tam wcześnie rano. Wyjechaliśmy z Arachania o 7 i przed 8 byliśmy już na miejscu. Marudziłam strasznie, że wstajemy tak wcześnie na wakacjach ale w Cabo Polonio zapomniałam o wszystkim. To mała wioska rybacka, położona daleko od głównej drogi, z drewnianymi domami, bez elektryczności i bieżącej wody. Autobus dowiózł nas do miejsca skąd dalej wyrusza się samochodami terenowymi, bo jedzie się po piachu. Kiedy zebrała się grupka odpowiednio liczna, żeby wypełnić taki samochód wyruszyliśmy w drogę. Ta podróż nie trwa zbyt długo, tak do pół godziny. Kiedy znaleźliśmy się nad oceanem na dobre przestałam narzekać na poranne wstawanie. Chyba o każdej innej porze dnia nie miałoby to takiego uroku. Słychać tylko ocean. Dopiero później plaża wypełnia się powoli turystami. To idealne miejsce na kilkudniowy wypad z przyjaciółmi. Trzeba wynająć mały drewniany domek i można spędzać całe dnie i wieczory na rozmowach, plażowaniu, piciu wina, śpiewach przy gitarze, obserwowaniu wilków morskich wylegujących się na skałach, a noce na podziwianiu gwiazd, bo dzięki temu, że nie ma tam prawie sztucznego światła bardzo dobrze je widać.

       Kolejną, typową wioską rybacką jest Punta del Diablo. Również tam spotkamy tylko małe, najczęściej drewniane, kryte słomą domki. Najładniejsze są te z dużymi drewnianymi tarasami z widokiem na ocean. Mieliśmy szczęście zamieszkać w jednym z nich. Dzień spędza się zwykle na plaży – jednej z kilku, a noc – spacerując po wiosce, która „żyje” do rana. W każdym barze jest ogromny wybór ryb i owoców morza. Polecam restaurację położoną nad oceanem - ”El viejo y el mar”. Mieści się oczywiście w drewnianym domku, na górze mieszka właściciel, który porzucił życie w mieście i przeniósł się do Punta del Diablo na stałe. Na dole jest kuchnia i restauracja: kilka stolików i doskonałe jedzenie (ja próbowałam rekina). Właściciel przechadza się między tymi stolikami rozmawiając z gośćmi, od czasu do czasu można go zobaczyć w kuchni jak doprawia jakieś danie.  Często jakiś zespół gra na żywo. Panuje tam niezapomniana atmosfera.

       Miastem, za którym tęsknię najbardziej (zaraz po Montevideo) jest Colonia del Sacramento – położone nad Rio de la Plata, oddalone zaledwie 50 min przeprawy promem od Buenos Aires. Nikt, kto odwiedza Buenos Aires nie może pominąć Colonii w planowaniu swojej podróży. Każdego lata spotyka się tam mnóstwo turystów z całego świata.

Colonia to urocze miasto założone w 1680 roku przez Portugalczyków. Centrum historyczne, zbudowane przez nich, a później rozbudowane przez Hiszpanów, zostało wpisane w 1995 roku jako jedyny obiekt z Urugwaju na listę światowego dziedzictwa UNESCO. Warto wybrać się na spacer brukowanymi uliczkami, podziwiać stare kamieniczki, zatrzymać się gdzieś na kawę. A wieczorem obowiązkowo trzeba pójść na plażę i podziwiać zachód słońca popijając mate.

Każde miejsce, które odwiedziłam w Urugwaju ma w sobie coś, obok czego nie da się przejść obojętnie. Często jakiś drobiazg, coś czego nie znajdzie się w żadnym przewodniku, coś co tworzy niezapomnianą atmosferę i sprawia, że nie można pominąć tych miejsc w kolejnej podróży.

 

 

Ania Grudzień