Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 9

Bulo Bulo – moja nowa ojczyzna 

Zielone drzwi. (4 lutego 2008)

Właśnie kończą się wakacje, a ja zaczynam pracę w tropikalnej wiosce o egzotycznej nazwie Bulo Bulo. To tu polscy księża wybudowali internat dla dziewcząt, który działa od roku. Mieszkają tutaj dzieci, w wieku od 6 do 16 lat, którym dom rodzinny nie stwarza warunków do nauki. W tym roku będzie z nami 25 dziewczynek. Z nami czyli czterema wolontariuszkami z Polski: Justyną, Gabrysią, Hanią i Anią.

W parafii, przy której powstał internat pracuje ksiądz Tomek (czyli padre), a po drugiej stronie boiska nasze kochane siostry sąsiadki – Sługi Jezusa. Za jakiś tydzień dziewczynki wrócą do internatu po wakacjach, a my właśnie przygotowujemy internat na ich przybycie. 

 

Dzisiaj malowałam drzwi na zielono farbą olejną. Pierwszą warstwę położyłam. A potem malowałam ławki i łóżka takim specjalnym płynem przeciw robakom, co by dzieciom korniki w pupy nie właziły.

Druga warstwa na zielonych drzwiach. (5 lutego 2008)

Dziś nałożyłam na drzwi drugą warstwę zielonej farby. Drzwi do sypialni dziewczynek są teraz piękne i lśniące. Powiem wam, że kiedy człowiek umaluje drzwi na zielono to od razu lepiej się czuje. Ma poczucie, że zrobił coś przydatnego. Może to przez ten kolor. Zielony. Przecież takie zielone drzwi to zawsze jakiś pożytek dla ludzkości. W krajobrazie świata nie ma już szarej kropeczki, za to jest zielona. Ładniejsza i pełna nadziei. No i robaki się tak łatwo nie przegryzą przez farbę olejną. Zieloną farbę. Lubię zielony. Lubię nasze zielone drzwi. Przypominają zielone oczy.  

Nigdy wcześniej nie malowałam drzwi. Fajnie tak robić coś po raz pierwszy i przekonać się, że się potrafi i że to łatwe. Chyba dużo jest na świecie rzeczy łatwych, o których myślimy, że są trudne i w związku z tym nie zabieramy się za nie (nawet jeśli mamy ochotę). Albo co gorsza, mówimy dzieciom, że to czy tamto jest straaasznie trudne i na pewno im się nie uda, bo przecież dzieci nie potrafią takich straaasznie trudnych rzeczy robić. No i mamy gotowe kompleksy rozmiaru XXL i zupełny brak wiary we własne siły. Może właśnie dlatego, kiedy Sandro chciał mi pomóc w zamiataniu, ugryzłam się w język i posłusznie oddalam mu miotłę. 

Sandro na miotle. (11 lutego 2008)

Sandro to 5-cioletni chłopiec, który mieszka z nami w internacie, bo chwilowo w domu nie ma się kto nim zając. Bawi się z psem, rysuje kółka i kwadraty, liczy do dziesięciu (raz, dwa, trzy, cztery, sześć...), zachwyca wszystkich swoim szczerbatym uśmiechem i bardzo głośno płacze, gdy się go karci. Generalnie jest uroczy i bardzo pocieszny. Pewnego dnia wszedł do pokoju, akurat gdy zamiatałam i oświadczył dziarsko, że chętnie mi pomoże. Pomyślałam sobie, -Co mi zależy, niech sprząta, najwyżej po nim poprawię. Mały Sandro złapał dluuuugą miotłę i dawaj: lewo - prawo - prawo - lewo - zamiatał niczym profesjonalista. Z każdym ruchem miotły coraz szerszy uśmiech malował się na jego twarzy, a na mojej zdziwienie. W Polsce raczej nam nie przychodzi do głowy, że pięcioletnie dziecko umiałoby zamieść cokolwiek. Na koniec pobiegł po szufelkę, sprzątnął wszystko pięknie.  

Niesamowitym jest jak bardzo mało nam potrzeba, by uwierzyć, by przekonać się i wiedzieć, że potrafimy, że możemy, że stać nas na osiągnięcie wszystkiego, WSZYSTKIEGO, o czym tylko zamarzymy. Kiedyś przeczytałam, że ojciec pewnych dwóch tenisistek światowej sławy, wychowywał je wedle zasady: Only the sky is the limit. Niestety bardzo malutko też trzeba, żeby nam odebrać wiarę w to, iż tylko niebo nad głową nas ogranicza.    

Generalnie odnoszę wrażenie, że boliwijskie dzieci są bardziej samodzielne od polskich. Może dlatego, ze nie ma ich kto rozpieszczać. Dziewczyny w internacie same gotują zupy i przygotowują ryż z pastą rybną, starsze opiekują się młodszymi. Jednak przy każdej okazji słyszę od nich – No puedo... (Nie potrafię...). Nie potrafię napisać. Nie potrafię policzyć. Brzydko narysowałam te kwiatki. Może jak sto razy usłyszą, że kwiatki są przecudowne, a dodawać do dwudziestu już umieją całkiem nieźle, to zmieni się ich patrzenie na świat, a szare drzwi staną się zielone.  
 

Honda, moja miłość. (14.02.2008)

No, może miłość to dużo powiedziane, tak mi się po prostu skojarzyło z 14-tym lutego. W Boliwii nie obchodzi się Walentynek. Ich odpowiednikiem jest El Día de la Amistad (Dzień Przyjaźni), obchodzony podobnie, ale w innym terminie. Wracając jednak do sedna: strasznie fajna ta honda co stoi u nas na podwórku. Motorek to, jak już wspominałam, sprzęt dość przydatny i powszechny w Boliwii. Już umiem odpalać i dodawać gazu. Na razie ćwiczyłam na boisku, ale jak tak dalej pójdzie to do Krakowa wrócę na motorze... Niczym Che Guevara ze swej wyprawy, a w plecaku dzienniki motocyklowe. 
 

Moja mama mnie nie kręci. (21.02.2008)

Dzisiaj po raz pierwszy w życiu widziałam dzieci, które nie reagują na widok swoich rodziców. Nie skaczą z radości, nie krzyczą, nie rzucają się na szyję, nawet się nie uśmiechają. Nic. Zero emocji. Po prostu chyba się nie cieszą.

Norma, Julia i 5-cioletni Sandro (ten od miotły) to rodzeństwo. Ich mama jakieś dwa miesiące temu została aresztowana przy próbie wyniesienia z miasteczka pół kilograma „masy kokainowej” zwanej tutaj pasta. Taka masa swoją konsystencją przypomina chałwę, wystarczy ją wysuszyć, aby otrzymać kokainę. Rodzice tych dzieci nie są przemytnikami narkotyków czy plantatorami koki, którzy śpią na pieniądzach. Gdyby tak było, może dzieciaki miałyby w swoich szafkach coś więcej niż jedna para starych spodenek z dziurką na pupie. Rodzina praktycznie nie ma z czego żyć i to chyba rozpacz pomieszana z ignorancją wpłynęła na tę kobietę, która za wyniesienie pasta poza granice Bulo Bulo miała dostać 50 boliwianów, czyli jakieś 20 złotych. Ten kto ewentualnie na nią doniósł zarobił kilkaset dolarów...  

Mamy nie było z dziećmi jakieś 2 miesiące. Dziś wróciła. Przyszła z mężem do internatu. Julia właśnie wracała z łazienki ze szczoteczka do zębów w ręku, kiedy zobaczyła rodziców. Zatrzymała się, patrzyła na nich przez chwilę zaskoczona i jakby zbita z tropu.

Norma spokojnie usiadła obok taty, tak jakby to był sąsiad, listonosz albo jakiś daleki krewny, do którego nie sposób się przywiązać, właśnie dlatego, że jest daleki. Sandro niesiony na rękach, na widok rodziców mimochodem wykrzyczał szeptem – Nie puszczaj mnie, nie puszczaj! Dopiero jego mama strofując go szorstkim tonem w języku quechua (keczua) doprowadziła go do porządku. Wryło mnie, bo żadne z trojki dzieci nawet się nie uśmiechnęło się na widok swoich własnych rodzonych, od dawna niewidzianych rodziców. 

Dla mnie to wszystko jest jakieś dziwne i niewyobrażalne. Europejska kultura buziaków, całusów, przytulania i głaskania dzieci po głowie to tutaj abstrakcja. Ponoć w kulturze quechua dzieci się nie całuje, nie przytula i nie chwali. Jestem w stanie w to uwierzyć, bo kiedy chcę pogłaskać dziewczynki z naszego internatu większość kuli się, jakbym je miała uderzyć. Nauczyciele w tutejszych szkołach biją dzieci za źle wykonane zadanie. Tutaj wciąż jeszcze ręcznie się tłumaczy dzieciom prawa fizyki i matematyki.     

Niebo nad Bulo Bulo. (22.02.2008)

Bulo Bulo ma jakieś 5 tysięcy mieszkańców. Nie ma tutaj plaży, supermarketu, nie ma teatru ani kina, cyrk też nie przyjeżdża. Za to co noc nad Bulo Bulo ma miejsce widowisko nieziemskie... Zapalają się gwiazdy i księżyc się uśmiecha. Widziany od strony Ameryki, różni się nieco od swego europejskiego wizerunku. Tak jakbym go widziała jakoś tak z boku. Leżę na naszym boisku, podziwiam i patrzę. I napatrzeć się nie mogę.  

Leżę, myślę i rozmawiam sobie, trochę sama ze sobą i trochę z księżycem. O tym, co jest, co będzie. O tym, kiedy Fanny zacznie płynniej czytać. O tym, dlaczego dzieci mają w zeszytach okolicznik podpisany jako orzeczenie. O tym, dlaczego Elizabeth chodzi smutna i przygarbiona. O tym, czy Sonia ma rzeczywiście półpasiec czy może wysypkę po prostu. O tym, ile możemy dać tym dzieciom i ile one będą w stanie wziąć. O tym, czy będą przytulać na dobranoc swoje dzieci i czy będą pamiętać że ubrania trzeba czasem prać, a podłogę zamiatać.  

Leżę i myślę. Myślę o sobie. Po ludzku i egoistycznie. O tym, gdzie jestem, gdzie będę i gdzie bym jeszcze być chciała. O tym, że mieszkania w Krakowie tak drogie i że dżinsy za ciasne. O pierdołach myślę, tak po ludzku, po babsku może. Myślę o tym, że te dżinsy już się może nie przydadzą i o tym, ze może nigdy nie będę tam, gdzie bym chciała. O tym, że tego, na co tak czekam, czego tak chorobliwie wyczekuję może nigdy nie będzie, nie stanie się, bo to, co nas spotyka przychodzi spoza nas, śpiewa Szcześniak słowa księdza Twardowskiego. Jak to spoza nas? - pytam Księżyca i wstaję z boiska, bo widać on dziś nie nazbyt rozmowny. 

Z daleka niektórym może się wydawać, ze jeśli ktoś staje się wolontariuszem w dalekim kraju, jedzie na misje, żeby się „poświęcać dla innych” to musi być kimś całkowicie nieprzeciętnym. A ja uważam, że to nieprawda i bardzo łatwo to udowodnić.  

Uważam, że dokładnie tak samo albo jeszcze bardziej poświęca się mama, której dziecko zamiast krowa mówi klowa. Biega z nim do logopedy i znosi jego fochy, gdy w trakcie badania dostaje histerii, zaczyna płakać i tupać lewą nóżką. Albo gdy w zerówce dostaje bólu brzucha na hasło szkoła, a w pierwszej klasie bazgrze literki jak kura pazurem i trzeba mu kartki rwać z zeszytu. Albo gdy całe trzy tygodnie kolonii nad Bałtykiem potrafi przepłakać z nieszczęścia i wielkiej tęsknoty za domem, pisząc listy do rodziców w stylu: Jest mi źle, chcę wracać do domu! Jedzenie niedobre, pani na nas krzyczy, jest brzydka i każe mi jeść żółty ser. Dzieci mają wszy i jest mi strasznie i okropnie. Resztę opowiem w domu. Zmartwienie mamy, która przeczyta w liście od dziecka ...jest mi strasznie, resztę opowiem w domu... niewiele się chyba różni od zmartwień misjonarzy i wolontariuszy. 

Albo ojciec, któremu dziecko włazi na kolana, i zasłaniając ekran telewizora mówi –Tato, bo ja nie umiem zrobić zadania z geografii, pomóż mi...  Albo babcia, która dla swoich wnucząt zawsze ma cukiereczki w torebce: czekoladowe, owocowe, miętowe... I one tak pachną, nie tylko tą miętą, ale też tą babciną torbą...  

Naprawdę nie trzeba jechać do Boliwii, żeby być kimś całkowicie nieprzeciętnym i poświęcać się dla innych. Ulice, kafejki internetowe, kościoły w niedzielę i dni powszednie, bary na rynku krakowskim, miękkie fotele za biurkami w dużych firmach są pełne nieprzeciętnych ludzi. Nieprzeciętność nie wzrasta wraz ze zmianą szerokości geograficznej.

Myślę sobie, że największą misję można wypełniać na własnym podwórku, a w swojej codzienności każdy jest wolontariuszem. Każdy, kto kogoś kocha, o kogoś się troszczy, o coś się martwi, z czymś walczy. Na tym polega miłość chyba. I życie chyba na tym polega. Zresztą ja mam pewnie za mało lat, żeby się wymądrzać na poważne tematy. Lepiej przejdę już do kolejnego akapitu. Nieco bardziej przyziemnego, a nosi on tytuł: „Wc”. 

Chce ci się siusiu. Idąc do boliwijskiej ubikacji, pamiętaj, że tutaj papier toaletowy zamiast bezpośrednio do ubikacji wyrzuca się do kosza na śmieci, bo inaczej odpływ się zatka... Kanalizacja w Boliwii została nieco skromniej zaplanowana... Ponadto, do zlewu nie można wylewać wrzątku, bo rury są plastikowe i się roztopią.

Nigdy, przenigdy nie pomyślałabym, że istnieje jakiś powód, dla którego polskie rury i toalety mogłyby mi się wydać czymś genialnym. 
 

Duża ryba. (24.02.2008)

Ostatnio byliśmy z padre na rybach. Dwie złowiłam. Na żyłkę. Jedna duża, a druga bardzo duża. Jak na pierwszy raz to nieźle. Fajnie jest coś tak robić pierwszy raz i się przekonać, że się potrafi...  
 

Mieszkam w tropiku, jest mi gorąco. (28.02.2008)

Dzisiaj mam wolne, zaplanowałam, że pojadę do parku oglądać małpy i krokodyle albo na basen może, a tu pada i pada od samego rana... Nie szkodzi. Trzeba się cieszyć deszczykiem i odrobinką chłodu, bo jak się skończy pora deszczowa, to będzie tylko upał i upał i z nieba żar... I tak ciągle, aż do zimy. Czyli do czerwca. Do zobaczenia. Ania.  
 

Buziaków przesyłam dwieście cztery,

na dodatek dwa rowery,

jeden żółty, drugi biały

co tu u nas w kącie stały,

naleśników cała szafę

oraz zieloną żyrafę! 

Mała Ana boliviana

love krove cmok i smok,

jak nie skoczysz to dasz krok!

(druga wersja: jak nie skoczysz, jesteś tłok!)