Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 8

 

Pamiętnik z podróży – odcinek 8

Ania na jeziorze, 28 stycznia 2007

Otwieram przewodnik Pascala „Ameryka Południowa”.
Na stronie 217 czytam: “Jezioro Titicaca, przez które przebiega granica Boliwii z Peru, jest jednym z najwyżej położonych żeglownych jezior świata. Lustro wody znajduje się na wysokości 3820 m n.p.m.”
E, tam – myślę sobie – brzmi jakoś tak nieprawdopodobnie. Może tego jeziora wcale nie ma, trzeba jechać i sprawdzić.
I pojechałam oczywiście.  
Dobre wieści przywożę: przewodniki nie kłamią. Titicaca, kochani, istnieje. Choć może trudno uwierzyć, bo jego nazwa jest jak onomatopeja, brzmi jak...gilgotanie, jak jakiś żart.
Jezioro Titicaca nie tylko istnieje, ale też jest sporawe: długie na ponad 230 km i szerokie na 97 km, jego powierzchnia przekracza 9000 km². Przypomina morze. I dobrze, bo dzięki temu jego obecność choć trochę koi boliwijski ból związany z brakiem dostępu do wybrzeża.

Titicaca

   Wycieczka się udała. Była przejażdżka po jeziorku, żeby dopłynąć do Wyspy Słońca (Isla del Sol), adekwatnie do nazwy odpowiednio nasłonecznionej. Do dziś zamieszkują ją potomkowie Indian Ajmara i Keczua, dla których język hiszpański zawsze będzie na drugim miejscu po ich językach plemiennych. Było zwiedzanie portowego miasteczka Copacabana i jego sanktuarium. Co prawda, ja z Copacabany bardziej od sanktuarium zapamiętam... wizytę u boliwijskiego fryzjera! Miałam juz nie skracać moich, jak na Boliwie i tak skandalicznie krótkich włosów, ale cena cięcia w wysokości 10 boliwianów czyli całych 3 złotych i 30 groszy skutecznie przyciągnęła mnie na fotel fryzjerski. Pani Fryzjerka zajęła się moimi włosami, zerkając jednocześnie na ekran telewizora stojącego na szafie. Zdaje się, że akurat nadawano coś w stylu „Największe nieszczęścia tego tygodnia”. Pani Fryzjerka (nie przestając ani na moment skracać moich włosów) z każdym kolejnym słowem dziennikarza robiła coraz większe oczy z przestrachu. Ja też truchlałam widząc, ze ona tnie i nie patrzy ile... W każdym razie cel został osiągnięty: włosy zostały skrócone.

 

 

Titicaca

Szybko minęło te kilka cudownie intensywnych dni. Jednego z najbardziej satysfakcjonujących uczuć jakie znam można doświadczyć właśnie zasypiając wieczorem z głową przepełnioną mnóstwem nowo odkrytych ścieżek i ludzi, drzew i plaż, i miejsc, i przestrzeni, które jeszcze wczoraj nie istniały. To najprzyjemniejszy rodzaj zmęczenia, kiedy wiesz, że złapałeś dzień i wydusiłeś z niego dokładnie wszystko, co tylko mógł mieć do zaoferowania. Chyba potrzeba nam czasem tak dobrze przydusić.  Zdaje się, że właśnie jest w Polsce Tłusty Czwartek. A ja w Boliwii też jadłam pączki, he he. A oprócz tego ostatnio jadłam też owoce kaktusa, które się nazywają „tuna”. Są jak najbardziej jadalne i smaczne. Polecam.
 
Dodatek szczególny do części 8 diariusza - dla miłośników języka hiszpańskiego. 

Rozpoczynając 5 lat temu studia na kierunku Filologia Hiszpańska, nie miałam najmniejszego pojęcia jak niezwykle fascynująca i zróżnicowana jest kultura i przestrzeń tego języka. Dzieje się tak m.in. dzięki imponującej liczbie jego użytkowników. Mowa Cervantesa jest na trzecim miejscu na świecie pod tym względem. Więc jeśli w Polsce dostrzegamy różnice w słownictwie Poznaniaków i Radomiaków, nie trudno wyobrazić sobie różnice, jakie można dostrzec między językiem Hiszpana i mieszkańca Republiki Dominikańskiej, Kolumbii czy w naszym przypadku Boliwii. Nie trzeba sobie nawet wyobrażać, bo oto ja mam zamiar podzielić się swoimi spostrzeżeniami na ten temat. 

Trzeciego dnia po przylocie do Boliwii zakupiłam sobie klapki pod prysznic. Przychodzę do domu i mówię zachwycona:
- ¡Me compré unas cholas nuevas! (Kupilam sobie nowe klapki!) Gabriela, Boliwijka, podnosi na mnie wzrok, kontempluje przez chwilę to, co powiedziałam, po czym wybucha śmiechem. Użyłam słówka „cholas”, które na Wyspach Kanaryjskich znaczy właśnie klapki, japonki. W Boliwii „chola” znaczy kochanka, a zdrobniale „cholita” to określenie na Boliwijkę, która na co dzień nosi tradycyjną tutejszą spódnicę zwaną „pollera” i obowiązkowo dwa długie warkocze. I tym sposobem nabyłam parę kochanek. Chętnie odsprzedam. 

Ale na cholitach sprawa się nie kończy. Można odnieść wrażenie, że sponsorem dzisiejszej Boliwii niczym Ulicy Sezamkowej jest „ch” (czytane jak polskie „cz”), które pojawią się na każdym kroku, poczynając od „cholit”, które rzeczywiście są tutaj wszechobecne. Tuż za „cholita” ubraną w „pollere” i sweterek zwany „chompa” (w Hiszpanii byłby to „jersey”) biegnie świnka czyli „chancho” (w Hiszpanii „cerdo”) i w biegu zajada się „choclo” (kukurydza – „maíz”). Ja tam wcale nie wiem, czy chanchos lubią choclo, no ale nie w tym teraz rzecz. Pani cholita dobiega do domu, chancho za nią, otwierają się drzwi, a tam na stole, który jest trochę chueco (roto – zepsuty) stoi butelka, której zawartość zwie się chicha i rzecz jasna jest wysoko procentowa... Historia skończyła się tak, że chancho upija się chicha, która spadła ze stołu jako że ten był trochę chueco. 

Zostawmy jednak tę nieprzyzwoicie pijaną świnkę pod Stolem i zajmijmy się szczególnym szykiem zdania boliwijskiego. Zamiast: Pero bebió rápido todo. (Ale szybko wszystko wypiła.) można usłyszeć: Bebió rápido todo pero. (Szybko wszystko wypiła ale.) No właśnie, jakby tak łapczywie nie piła, to by się może tak bardzo nie upiła. 
W Boliwii ponadto wszyscy do wszystkich zwracają się używając form trzeciej osoby liczby pojedynczej - pan, pani.
A gdy się zdarzy, że jednak drugiej (ty) to zamiast standardowego „tú” słyszy się „vos”. „Vos” ma też swoją odmianę czasownika: zamiast „tú quieres beber chicha” można usłyszeć „vos querés beber chicha” (ty chcesz pić chiche), zamiast „tú no tienes chicha” – „vos no tenés chicha”. (ty nie masz chichi). Czyli jak wszędzie, wypić by się wypiło, ale nie ma co. 
Istnieją też różnice w wymowie (z, ce, ci czytane po prostu jako s), a drugą osobę liczby mnogiej zastępuje trzecia (ustedes zamiast vosotros), ale to może nie dziwi tak bardzo, jak fakt, iż wszechobecne w Hiszpanii słówko „vale” (ok, w porządku, dobrze) w Boliwii nie istnieje. Zamiast niego mówi się np. „está bien”. Czyli Hiszpan powie –Idziemy się napić, ¿vale? A Boliwijczyk odpowie – Jasne, ale ty stawiasz, ¿está bien?
A jak już się napiją i będą chcieli wrócić do domu, to zadzwonią z „celular”, czyli komórki, którą w Hiszpanii zwie się „móvil”, po „móvil” właśnie, bo w Boliwii taxi to właśnie „móvil” czyli wszystko na odwrót. Żeby im się tylko nie pomyliło i nie chcieli jechać do domu komórką.  

Godna uznania jest boliwijska zdolność do upraszczania sobie życia. Wiadomo, w upale tropiku czasem nie chce się otwierać buzi, ekonomia języka staje się niezwykle ważka i zamiast „buenos días” (dzień dobry) mówi się „buen día”; zamiast „nada más” (nic więcej) – „no más”; zamiast „¿cómo te llamas?” (jak masz na imię?) – „¿qué te llamas?”. 

W Boliwii jest dużo much. En Bolivia hay hartas moscas. W Hiszpanii też jest dużo much. En España también hay muchas moscas. W Boliwii zamiast „mucho” mówi się „harto”. Co jest bardzo ciekawe, bo słówka „harto” Hiszpan użyje, gdy już będzie miał tych wszystkich much serdecznie dość, i biegając z łapką na muchy krzyknie: ¡Estoy harto de estas moscas!. (Biedny Hiszpan).  

Boliwia mimo iż fascynująca, chyba nie jest najlepszym miejscem do nauki języka dla tych, którzy maja ambicje zdawania egzaminów ze znajomości języka. Czyli lepiej oglądać biegającego z łapką na muchy Hiszpana niż Boliwijczyka. Formy czasownikowe, zawsze bardzo sprytnie uproszczone, słyszy się tu przeróżne, oprócz tych, które widnieją w słownikach. W języku boliwijskim chyba nie ma czasowników nieregularnych, szczególnie w trybie rozkazującym. Zamiast „ven aquí” – (chodź tutaj) jest „veni acá” („venir” – przychodzić), zamiast „di” (powiedz) – „deci” („decir”-mówić), zamiast „siéntate” (usiądź) – „sentate” z regularnym akcentem na przedostatnią sylabę. Jednym słowem ucząc się hiszpańskiego w Boliwii upraszczasz sobie życie. 

Zabawne i słodkie są boliwijskie zdrobnienia w stylu „hasta lueguito” (do zobaczoneczka), „muercito” (nieboszczyczek). I charakterystyczna końcówka –ingo, np. „ahora” (teraz) – „ahoringa” (kto przetłumaczy na polski zdrobnienie od teraz?). 

Na zakończenie malutka anegdoteczka (anegdoteczeczka?). Otóż, są tacy Boliwijczycy, którzy uczą się języka polskiego i jak już się trochę nauczą, to chętnie się chwalą przed kolegami. Mówi pewien Boliwijczyk do kolegi – Słuchaj mnie! Ten patrzy na niego, myśli co tu odpowiedzieć, w końcu mówi: - Te słucho.

Zarówno tych, którzy nie widzą nic śmiesznego w „Te slucho” jak i tych, których to śmieszy zapraszam na deser. Zdjęcia z wyprawy. Na jednym z nich jest ta lama szachrajka-opluwajka...
Anna Bogdańska - Bolivia, Titicaca, La Isla Del Sol, Tiwanaku 

A tutaj znajdziecie zdjęcia całej mojej dotychczasowej Boliwii. M. in. świnkę. Szukajcie dobrze! Może te zdjęcia rozemocjonują Was tak samo jak emocjonują mnie.
Anna Bogdanska - Boliwia

Ściskam mocno mocno mocno.
Ania z Boliwii.