Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 6

Pamiętnik z podróży – odcinek 6

Cochabamba, 12 grudnia 2007 (sroda) 

Bloqueo (blokada), marcha (pochód), paro (strajk), ewentualnie huelga de hambre (strajk głodowy) to słowa klucze rzeczywistości boliwijskiej. Częstotliwość występowania powyższych zjawisk determinuje możliwość przemieszczania się wewnątrz kraju, wyznacza terminy podróży i spotkań z przyjaciółmi.  

Na moje plany podróżnicze bloqueo wpłynęło w sposób dość łagodny, przyśpieszając jedynie o jeden dzień moją podróż z Santa Cruz do Cochabamby (prawie 500 km). Na poniedziałek 4 grudnia była planowana blokada dróg między tymi miastami, ale w niedziele 3 grudnia można było dojechać bez problemu. Owe strajki i pochody to kwestia dość zawiła, związana z polityką kraju. W dużym skrócie, są one organizowane, aby wyrazić - łagodnie rzecz ujmując -niezadowolenie Boliwijczyków z rządów prezydenta Evo Moralesa lub wręcz przeciwnie, zachwyt jego dumną osobą. Społeczeństwo jest podzielone mniej więcej na pół. Jednakże, wśród sprzymierzeńców Moralesa są często zwykli robotnicy i rolnicy z gór oraz wiosek, którzy są świadomi jedynie tego, iż jeśli nie wezmą udziału w marszu lub, często wielotygodniowej, blokadzie będą musieli zapłacić wysoką karę za każdy dzień nieobecności... Prezydenta absolutnie nie obchodzi fakt, iż blokady dróg utrudniają życie obywatelom, wśród których są też przecież jego zwolennicy. Właściwie trudno stwierdzić, o co chodzi. Może o to, żeby zademonstrować swą władze, pokazać, że to on trzyma wszystko w garści i jak zechce zablokować, zablokuje. Z demokracją w Boliwii jest dość krucho. Bo chyba nie można mieć do czynienia z władzą ludu, podczas gdy lud w dużej mierze niedouczony, nieświadomy  i manipulowany marzy o komunizmie. 

Kiedy żyję tutaj, spływa na mnie czasem refleksja, iż powinnam nauczyć się doceniać to, co mam w Polsce, bo wiem już, że są miejsca, w których sytuacja jest w dużo bardziej opłakanym stanie. Mogłabym też nie złościć się, gdy będę musiała cztery sekundy poczekać na otwarcie się strony internetowej na komputerze w Polsce, bo wiem już, że w Boliwii internet mi chodzi jak żółw i przecież jakoś z tym żyję. Bo tak to już jest, że my niby wiemy, że gdzieś jest dużo gorzej niż u nas, ale i tak nie umiemy się ucieszyć z tego, co mamy. Ucieszmy się wreszcie! (Ojej, to chyba zabrzmiało jak fragment poradnika „Jak być szczęśliwym” lub coś w tym stylu...). 

Cochabamba, 13 grudnia 2007 (czwartek) 

-Hola Robin, ¿cómo estás? ¿Qué haces? ¿Estás trabajando durante las vacaciones? Estás pintando, ya… (-Cześć Robin, jak się masz? Co robisz? Pracujesz w wakacje? Malujesz, aha...). Robin ma lat 8. Mama go zostawiła, tata go zostawił. Mieszka z babcią. Babcia nie umie przytulić, ucałować ani pochwalić Robina. Potrafi go tylko bić. Robin pracuje w wakacje, żeby zarobić na książki do szkoły. Bystry chłopak. Gdyby go tylko miał kto dopilnować, dać mu codziennie talerz ciepłej zupy...

Takie historie snują się na każdym rogu ulicy boliwijskiej. Na każdym rogu ulicy snują się dziewczynki wykorzystane przez ojca, kiedy miały 4 latka, a kiedy miały 7, przez wujka. 

Boliwia to bez wątpienia ubogi kraj. Ubogi na różne sposoby. Materialne braki nie wydają mi się być tutaj najważniejszym problemem. To kraj, gdzie ludzie często mają pieniądze, obecny prezydent pozwala na handel koką. Mają więc pieniądze, nie mając najmniejszego pojęcia, do czego one służą i jak je wykorzystać. Zdarza się nierzadko, że tutejszy ojciec rodziny ma w kieszeni brudnych spodni najnowszy model komórki z wbudowanym aparatem fotograficznym i dyktafonem, a nie przyjdzie mu do głowy, że jego dziewiątce dzieci przydałyby się może jakieś zabawki albo ubrania, że może należałoby je posłać do szkoły. Tutaj często nie docenia się i nie rozumie, jak ważna jest nauka, edukacja i jak może odmienić los. Odnosi się wrażenie, że nikt się tu nie skupia na odmienianiu losu, staraniu się, osiąganiu czegokolwiek. Boliwia to kraj ubogi, ale przede wszystkim ubogi mentalnie, duchowo, moralnie.   

Może to niestosowna refleksja, ale im dłużej jestem w Boliwii, tym częściej cieszę się z tego, że jestem z Polski, że w Polsce się urodziłam i wychowałam. Że do Polski wrócę.  

Misjonarze i wolontariusze w Boliwii pracują właśnie po to, by nieco odmienić los dzieci takich jak Robin. Z myślą o małych dziewczynkach i nastolatkach powstał internat przy parafii w małej wiosce, która się nazywa... Bulo Bulo. Naprawdę się tak nazywa. 

Bulo Bulo powstało niedawno, leży na granicy regionów, położone jest jakieś 200 km od Santa Cruz, jadąc w stronę Cochabamba. W internacie pracują wolontariusze m.in. z Polski, A przy parafii mieszkają Siostry Sługi Jezusa, z którymi współpracuję, dlatego mogę do Bulo Bulo wpaść, kiedy mam ochotę. Byłam tam jeszcze w listopadzie  i sprawdziłam, że oprócz odrabiania lekcji z dziewczynkami z internatu, można tam też pójść nad rzekę na ryby (łowi się je do siatki, a nie na wędkę).

Internat powstał dla dziewczynek w wieku szkolnym, które często nie mają w domu możliwości, żeby się uczyć lub odrabiać lekcje, często w ich domu rodzinnym oprócz braku światła, brak też chęci, opieki, miłości. Mieszkanie w internacie zwiększa prawdopodobieństwo, że dziewczynka skończy szkołę i nie zajdzie w ciąże  w międzyczasie. Rodzice dzieci są zobowiązani płacić za internat 50 boliwianów miesięcznie (niecałe 20 zl), natomiast koszt utrzymania dziecka w internacie to ok. 400 boliwianów. Brakujące pieniądze misjonarze i wolontariusze muszą zdobywać sami, prosząc o pomoc, szukając dobrodziejów. Niektórzy rodzice, którzy zarabiają na handlu koką, byliby w stanie zapłacić 400 boliwianów na miesiąc. Są to jednak często ludzie, którzy nie doceniają i nie rozumieją, jaką wartość ma edukacja. Stojąc przed wyborem 400 boliwianów mniej w kieszeni albo moje dziecko nie skończy szkoły, wielu wybrałoby to drugie.

Bulo Bulo naprawdę istnieje. I nawet ma swoją stronę: http://www.bulobulo.ovh.org/ 

Cochabamba, 15 grudnia 2007

Są w Boliwii takie miejsca, które wyglądają trochę jak skansen, jak Muzeum Wsi Radomskiej, które znam z rodzinnych stron, trochę jak pustynia. Opuszczone, puste domy zbudowane z adobe, czyli indiańskiej cegły powstałej z gliny i trawy, suszonej na słońcu. Dachy pokryte słomą. Cisza. Żywej duszy nie ma. Tylko czasem wyjdzie zza drzewa jakiś pies (psów na ulicach i wioskach boliwijskich naprawdę nie brakuje) albo dziecko bez butów, mimo że zimno dosyć, i przemówi do ciebie w keczua – języku Indian, a na pytanie -¿hablas castellano?, pokręci przecząco głową. Pazña – tak się nazywa malusieńka wioseczka położona jakieś 280 km na południe od Cochabamba, znajdująca się na wysokości około 4 tys. m.n.p.m. W Pazñi radio w samochodzie nie chce odbierać, komórka wskazuje wyraźnie „no network”, żadnego internetu, tylko cisza i spokój. I piękne góry wokół. I stacja kolejowa. Raz na parę dni słychać przejeżdżający pociąg. Kiedy w Pazñi upadła kopalnia, większość mieszkańców się wyniosła. Zostało niewielu ludzi i wiele starych domów. W jednym z nich mieszka młody ksiądz misjonarz z Polski, którego odwiedziłam wraz ze znajomymi wolontariuszkami. Generalnie polscy misjonarze w Boliwii znają się i odwiedzają.

Ciężka jego praca na pustyni. Parafia obejmuje pobliskie wioski, do których jeździ, aby odprawić Msze Świętą, spotkać się z ludźmi. Podczas jednej z takich Mszy na wioskach, spotkałam 5-cio letniego chłopca, który kiedy chciałam z nim klaskać w rączki, gdy śpiewaliśmy piosenkę, spojrzał na mnie obolałym wzrokiem i pokazał mi swój mały, brudny paluszek z oderwanym paznokietkiem...

Pazña to niezwykłe miejsce. Nigdy wcześniej nie byłam w miejscu o podobnej atmosferze. Na pierwszy rzut oka zachwyca swoją ciszą, odosobnieniem, dzikością. Na drugi rzut oka przestrasza. Bo jak taka gaduła jak ja mogłaby mieszkać dłużej niż trzy dni w pustej cichej wiosce otoczonej górami?

Cochabamba, 18 grudnia 2007 (wtorek) 

Drodzy moi! Im dłużej jestem w Boliwii, tym mniej i rzadziej dziwi mnie tutejsza rzeczywistość, gdyż staje się ona stopniowo moją codziennością. Moje opowieści do tej pory opierały się na zadziwieniu tutejszym światem. Zadziwienie stopniowo pozostawiam czytelnikom.

Taki miał być wstęp do mojej kolejnej przygody ze świata boliwijskiego. Przeliczyłam się. Muszę go zmienić na inny. Mianowicie: 

Drodzy moi! Mimo iż jestem w Boliwii już prawie dwa miesiące, tutejsza rzeczywistość nie przestaje mnie zadziwiać, szokować, wprawiać w osłupienie. Proponuję usiąść wygodnie w fotelu i się rozluźnić. Wczoraj 17 grudnia obchodzono tutaj, gdzie obecnie jestem pewien szczególny dzień. Oto jak przebiegały obchody. 

Stoisz na zatłoczonej, handlowej ulicy. W rękach trzymasz torby z zakupami, już wszystko kupione, załatwione, patrzysz w prawo, czy przypadkiem nie nadjeżdża twój autobus. Zamiast autobusu twoim oczom ukazują się trzej policjanci nadjeżdżający na motocyklach i w dziwny sposób wymachujący rękami. Nic z tego nie rozumiesz, w przeciwieństwie do miejscowych, którzy na widok żywo gestykulujących policjantów, z prędkością światła zwijają manele, pakują torby, chowają wózki z towarem, zamykają okna, drzwi, spuszczają żaluzje i nagle nie ma nikogo. Oprócz ciebie. Ty wciąż stoisz, tam gdzie stałaś, bo ci z osłupienia odjęło mowę i umiejętność poruszania nogami. Na szczęście twój Anioł Stróż nie śpi i pod postacią poczciwego pana dentysty wciąga cię do środka przychodni dentystycznej. Zamykają się okna, drzwi, zasuwają żaluzje. Cisza, nie wolno nic mówić. Oto nadchodzi tłum celebrujący swój dzień. Przez mały lufcik w drzwiach możesz obserwować jego nadejście, jak się za chwilę okaże opłakane w skutkach. Ulica przechodzi groźnie wyglądająca chmara ludzi obojga płci, którzy zawodowo zajmują się złodziejstwem, rabując wszystko, co się da z tego, co pozostało lub nie zdążyło się schować. Akcja złodziejska trwa około godziny. Siedzisz grzecznie w przychodni dentystycznej. Kiedy już oniemienie i osłupienie powoli mijają, otwierasz buzie, by nieśmiało zapytać, dlaczego policjanci zamiast łapać złodziei, ograniczyli się do ostrzeżenia ludu? (choć dobre i to), dlaczego, skoro wiedzieli, co się święci nie stawili się na miejscu z wojskiem, aby pochwycić rzezimieszków i wymierzyć im zasłużoną karę? Pan dentysta nie odpowiada na żadne z pytań dręczących twą dusze. Patrzy jedynie na ciebie z politowaniem i mówi: - Dzisiaj jest Dzień Złodzieja. Nie wiedziała Pani? 

Jak się potem dowiedziałam, „dzień złodzieja” obchodzi się również w Wielki Piątek. Dlaczego? Bo Pan Jezus umarł i nie widzi. 
 
Cochabamba, 19 grudnia 2007 (środa) 

Za parę dni święta. Wcale tego nie czuję, coś mi mówi, że jakoś za ciepło, że temperatura za wysoka jak na Boże Narodzenie. W kuchni w domu u sióstr stoi już jednak choinka. Za parę dni święta. Życzę Wam wszystkim, żeby to był dobry, niebiański czas. I żeby ta słodycz nie skończyła się niestrawnością.  

Na boliwijskim stole ponoć będzie dużo owoców, będących symbolem bogactwa i dobrobytu. W wigilie będziemy jeść kurczaka pieczonego w piecu, z ryżem i kukurydzą. Kurczaka, ponieważ kura, grzebie łapkami do tyłu i ludzie w Boliwii uważają, że w ten sposób wszystko co było złe w tym roku zostaje za nami, rzucone w niepamięć. W Nowy Rok za to będziemy jeść świniaka. Kto zgadnie dlaczego? Otóż dlatego, że świnka ryje ryjkiem do przodu i to jest znakiem postępu, wkraczania w coś nowego. Logiczne to menu, nieprawdaż? 

Bardzo mi przykro, ale proszę się nie spodziewać kartek świątecznych ani w ogóle raczej żadnych. Poczta boliwijska owszem sprzedaje znaczki (w cenie 9 boliwianów czyli około 3 złote, co na tutejsze warunki jest stawką bardzo wygórowaną), ale listy, na które owe znaczki nakleisz najprawdopodobniej nigdy nie dotrą do adresata. Przyczyną jest zerwanie umów z bankrutującą firmą Lloyd, która dowoziła do tej pory pocztę do Europy. W zeszłym roku w okresie bożonarodzeniowym miała miejsce podobna sytuacja. Uzbierało się 9 ton poczty, której po wznowieniu umów i tak nie dostarczono, bo rząd boliwijski postanowił nie wydawać na to pieniędzy, w związku z tym spłonęła ona gdzieś na Półwyspie Iberyjskim. Nie tylko Polak nie mądry po szkodzie.  

Ściskam mocno,
Ania z boliwijskiego zielonego wzgórza.