Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: Porto Alegre  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 5

Pamiętnik z podróży – odcinek 5

Guabirá, 25 listopada 2007.

 

Witam ciepło i serdecznie wszystkich, którzy to czytają :)

 

W Boliwii jest niedziela wieczór. Na szczęście chwilowo nie ma upału. Od wczoraj jest czym oddychać i nie trzeba pod prysznic biegać trzy razy dziennie. Tutaj pod prysznic chodzi się czasem z żabami albo jaszczurkami, bo one łażą po łazience, jakby były u siebie. (Chociaż może one są bardziej u siebie niż ja?). Czasem jak pisze na komputerze to jedna żabka coś do mnie mówi zza szafy. Albo gdy drzwi zamykam, mała jaszczureczka tup tup tup, przebiega obok klamki szybciusieńko, jakby się śpieszyła na randkę. Ja się nie boję tych zwierzątek, bynajmniej nie z powodu mojej wielkiej odwagi, tylko dlatego że są maleńkie i zawsze znajdują się gdzieś obok mnie. Proszę się więc, Drogi Czytelniku po drugiej stronie ekranu, nie przerażać. (Swoją drogą "po drugiej stronie ekranu" brzmi prawie tak samo magicznie jak "po drugiej stronie lustra"! Czyżbym miała w sobie coś z Alicji?)

Trochę jestem niewyspana, bo wczoraj wieczorem byłam ze znajomymi w pobliskim Montero. Cel wyprawy był, jak na sobotę wieczór przystało, taneczno-imprezowy. Najpierw jednak udaliśmy sie na zupkę do "restauracji". Ta "restauracja" to chyba było mniej więcej to, o czym pisze Pawlikowska w swoich wspomnieniach z Ameryki Południowej. Mianowicie, cztery stoły wystawione na podwórko przed chałupą, nakryte (nieprzystojnie brudnym) obrusem, pani gospodyni miesza coś w garnku, a kury przestępując z łapki na łapkę dziobią spokojnie cokolwiek im się napatoczy. (Nawiasem mówiąc, owe łapki – znaczy kurze – pływają potem w twojej zupie.)

Dyskoteka nieco bardziej przypominała to, co u nas kryje się pod tą nazwą. Szczerze przyznam, iż pakując walizki nie myślałam, że będę tu chodzić na imprezy ;) Bardzo tanecznie było, parkiet przestronny, muzyka boliwijska, latynoska, choć i anglojęzycznych kawałków nie zabrakło. Dotarłam do domu przed piątą rano, a o siódmej byłam już w kościele zwarta i gotowa, by prowadzić śpiew na mszy świętej. Siostry, które zwykle to robią wyjechały, więc padło na mnie.

Ale to nie był koniec śpiewania na dziś. Na wieczór zwołałam okoliczną młodzież, co to się teraz nudzi, bo przyszły wakacje (obecnie w Boliwii jest kalendarzowe lato), żeby się z nimi spotkać, pogadać, poznać się, poukładać puzzle i pośpiewać. Tutaj jeszcze nie ma domów kultury, kół zainteresowań ani basenów. Dzieci nie jeżdżą na kolonie ani obozy. Nie ma spotkań oazowych ani chórów gospel. Ich miejsce wypełnia niefajna i leniwa nuda. Trzeba więc coś było wymyślić, żeby tę nudę nieco zagłuszyć.

Spotkanie się odbyło. Może nawet będzie kolejne. Były układanki, bingo, piosenki - również gospel. Fajne dzieciaki tu w tej Boliwii.

Niewtajemniczonym pragnę pokrótce wyjaśnić powód, dla którego w każdym z ostatnich dwóch akapitów pojawia się słowo "gospel". Otóż, kiedy jestem w Krakowie śpiewam w Krąków Gospel Choir (www.kgc.gospel.com.pl) i właśnie stąd się bierze moja fascynacja tą muzyka, która wychodzi ze mnie niezależnie od szerokości geograficznej.

Jak juz kiedyś wspominałam, do moich głównych obowiązków tutaj należy praca w przedszkolu. Mianowicie, jeżdżę do przedszkola codziennie po śniadaniu i spędzam z dziećmi trochę czasu. Ale po kolei.

Wstaję zwykle koło ósmej. Rozczaruję wszystkich tych, którzy mają nadzieję usłyszeć, że na śniadanie pożywiam się liśćmi koki na mleku sojowym, a w porze obiadu konsumuję pieczoną skórę krokodyla przekładaną papają. Otóż nie. Ponieważ mieszkam z Polakami, jem właściwie to, co je się w Polsce, zresztą tutejsze produkty nie są nie wiadomo jak egzotyczne. Czyli, jak Pan Bóg przykazał, chleb z pomidorem, rosół, ziemniaki, kurczaki i surówki. A skoro jesteśmy juz przy jedzeniu, jakiś czas temu ci sami znajomi, z którymi chodzę na imprezy zaprosili mnie do siebie na kolację. Początek dania zapowiadał się pysznie: pieczone banany, mniam mniam. Dobrze, że najadłam się nimi zanim zostały wymieszane z pewnym dziwnym białym serem... Ja naprawdę nie należę do wybrednych osób i strasznie mi było wstyd siedzieć przy stole i nic nie jeść, ale jakoś zupełnie nie mogłam się przekonać do tego sera boliwijskiego. Może to i dobrze, że z tutejszą kuchnią i kurzymi łapkami zmagam się tylko od święta.

(Właśnie jedna żabka łazi po drzwiach. Mówiłam, że one tu mieszkają wszędzie.)

Tak więc po śniadaniu (powtarzam: kanapki z pomidorem, jajka, mleko itp.;) korzystając z tutejszych środków transportu, udaję się "do pracy". Najpierw jadę trufi ("taksówką") do ronda w Montero, a potem motorkiem pod same drzwi przedszkola. W sumie zajmuje mi to 10 minut. Na motorku jeżdżę juz świetnie.

Jak tylko wchodzę na teren przedszkola, nie wiadomo skąd dochodzą mnie wrzaski: -¡Madrecita! ¡Madrecita! ¡Vino la madrecita! Co w dosłownym tłumaczeniu na polski znaczy -Mateczka! Mateczka! Mateczka przyszła! (i brzmi jakoś tak przedwojennie;). Jakby się ktoś nie domyślił, wrzaski są pod moim adresem. Mateczka, matka znaczy tyle co zakonnica, rzecz jasna. Siostry, z którymi współpracuję i które prowadzą przedszkole, są zgromadzeniem niehabitowym (http://www.slugi.franciszkanie.pl http://www.slugi.franciszkanie.pl/misje.html), więc ja się na pierwszy rzut oka nie za bardzo wyróżniam. Zresztą w Boliwii biała dziewczyna to albo zakonnica albo wolontariuszka.

W przedszkolu są 3 grupy wiekowe. Z każdą przeprowadzam zajęcia: z najstarszymi liczę po angielsku i poznaje rodzinkę, która mieszka w happy house. Z maluszkami słuchamy kołysanek i uczymy się, gdzie jest nosek, a gdzie ucho. Ale bezwzględnie ze wszystkimi dziećmi uczymy się codziennie, po co należy myć ręce i buzie, a moją główną pomocą dydaktyczną stało się mydło. Po pierwszej lekcji w łazience, dzieciary gdy tylko widzą "mateczkę" przybiegają i pokazując ręce, krzyczą w niebogłosy: –Patrz, patrz, mam czyste ręce!!!

W ostatnim czasie byłam również odpowiedzialna za przygotowanie listów do osób z Polski, które podjęły się tzw. adopcji na odległość czyli zobowiązały się płacić co miesiąc pewną kwotę pieniędzy, którą siostry wykorzystują na pomoc konkretnemu dziecku i jego rodzinie. Aby napisać listy i dołączyć do nich aktualne zdjęcia dzieci, należało dotrzeć do wszystkich, wszystkich odwiedzić.

Tutejsze rodziny są prawie zawsze wielodzietne, rodzice (jeśli są) mają duże problemy materialne, gdyż możliwości pracy i zarobki są naprawdę marne. W okolicy istnieje praktycznie jeden większy zakład, którym jest cukrownia. Reszta ludności pracuje: mężczyźni przy zbiorze trzciny cukrowej, ładując worki z ziemniakami lub jako kierowcy motorku; kobiety piorąc cudzą odzież, sprzedając na targu albo sprzątając. Czasem każde z dzieci w rodzinie ma innego ojca, którego w praktyce nie ma, bo nigdy go nie było lub przebywa w więzieniu. Częste są też przypadki, gdy jedno lub oboje rodziców wyjeżdża do pracy do Hiszpanii lub USA.

Zwykle wiele osób zajmuje jedno pomieszczenie, często bez światła i wody. Wiele dzieci jest zaniedbanych, brudnych; takie też przychodzą do przedszkola.

Ale są też domy, w których mimo biedy widać, że dba się o dzieci, o siebie nawzajem. Domy, w których widać, ze z ubóstwem i bardzo skromnym życiem nie musi iść w parze opuszczenie dzieci, brud i nieład. Są też dzieci, które z dumą pokazują swoje zeszyty, swoje oceny "bardzo dobry"; dzieci, które zastajesz nad książką mimo że w Boliwii rozpoczęły się już wakacje; dzieci zadbane i kochane.

Zresztą one wszystkie są śliczne, mimo brudnych rączek i popsutych ząbków.

 

Pozdrawiam ciepło,

Ania Bogdańska
Wolontariuszka Sióstr Sług Jezusa