Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 4

Pamiętnik z podróży – odcinek 4


Montero, 21 listopada 2007 (środa).

 

Przygoda w taksówce.

 

Wczoraj jechałam taksówką, która była jak kino. Kino lub sala koncertowa. W miejscu lusterka, które wisi nad kierownicą po prawej stronie, zdaje się, że nazywa się wewnętrzne, znajdował się mały telewizorek, który rzecz jasna był włączony. Na ekranie trwał koncert grupy "Aventura" (czyli "Przygoda"). Przystojniacy z Portoryko z wielkim oddaniem i charyzmą śpiewali swe kawałki (które pewnie znacie i wy, bo do Polski też dotarły rytmy z mojej taksówki!), a małolaty wrzeszczały z oddaniem równie wielkim lub nawet większym, doprawdy trudno to ocenić. Pan kierowca wytrwale zerkał na ekran prawym okiem i w międzyczasie prowadził pojazd...

Na miejsce oczywiście dojechałam szczęśliwie.

 

***

Drzewka bożonarodzeniowe.

 

"-Kochani, pamiętajcie: nie jesteśmy drzewkami bożonarodzeniowymi. Nie musimy na jutrzejszą uroczystość zakładać wszystkiego, co się świeci i błyszczy."

Tymi słowami katechetka zakończyła spotkanie z młodzieżą w przeddzień bierzmowania.

Usłuchali. W kościele wszystko ładnie, pięknie: dekoracje niczym w Polsce, po prawej młodzież wymyta i wyprasowana, grzecznie się prezentująca w biało-granatowych strojach, po lewej świadkowie. Pieśnią na wejście witamy księdza kardynała. No i właśnie ja o tej pieśni na początek mszy chciałam napomknąć dwa slowa. Zresztą nie tylko o tej na początek. Otóż, usłyszawszy pierwsze takty skocznej muzyczki, z trudem powstrzymałam swoje nogi, które już się chciały wyrwać do tańca!! A to dlatego, że boliwijska muzyka kościelna, grana na klawiszach, do złudzenia przypomina najpopularniejsze kawałki z polskich wesel. Ale o weselu za chwilę.

 

***

Tradycje i zwyczaje –c.d.

 

Idę na ślub do znajomych. Na zaproszeniu napisano: sobota 17 listopada, kościół przy głównym placu, godzina 17.00.

Tuż przed 17.00 pod drzwiami kościoła stoi i wypatruje swej wybranki odstrojony i piękny, niczym Apollo, pan młody. Jej nie ma. Ani o 17.00 ani o 17.05.

17.07. Nie ma jej nadal. Nikogo ze zgromadzonych pod kościołem przyjaciół nie dziwi to zbytnio. Myślę sobie: to pewnie taka tradycja, według której przybycie na czas na swój ślub przynosi nieszczęście...

17.14. Ksiądz mający udzielać ślubu, już po raz drugi wychodzi zapytać, czy dotarła. Ksiądz jest Polakiem i podobnie jak mnie trudno mu zrozumieć tutejsze "tradycje".
Panny młodej jak nie było, tak nie ma.

17.17. Ksiądz wychodzi po raz trzeci. Panny młodej ani śladu. Ale jaja. Może pomyliła kościoły i w innym wzięła ślub z kimś innym?

17.24. Nadjeżdża samochód. Może to ona? Tak! Jest! Dotarła. Wysiada z samochodu. Jednak się nie rozmyśliła. Zdenerwowana i piękna, w sukni koloru ecri, na nogach jak z waty wchodzi do kościoła... Miło z jej strony, że jednak przyszła.

 

A dalej już było to, co zwykle. Pobrali się, złożywszy sobie po kastylijsku małżeńską przysięgę. Oprawa muzyczna, jak już wspomniałam, skoczna i hulankowa.

 

Boliwijskie panny młode spóźniają się na swój ślub średnio do pół godziny. Pewien zmyślny ksiądz zaradził temu w następujący sposób. Pobrał mianowicie od przyszłych małżonków opłatę za ślub zwiększoną o 200 boliwianów obiecując, iż nadwyżka zostanie zwrócona, jeśli młodzi pojawią się na czas. No i jasne, że się pojawili. Nie ma to jak dobra motywacja.

 

Wesela boliwijskie natomiast są, można by rzec, bardzo lekkostrawne. Mianowicie, nikt ci nie proponuje o 3 nad ranem szóstego ciepłego dania. Weselnicy zadowalają się niewielkimi zakąskami w postaci wędlinki, słodyczy i tortu. Obowiązkowa jest przepitka. Do tańca przygrywa, na zmiane z dj-em,10-osobowy zespół.

 

 

Pozdrawiam ciepło i serdecznie,

Ania B.