Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 11

Mojej Boliwii odcinek jedenasty. (Bulo Bulo, kwiecień-maj 2008)


Ostatnio przydarzyło mi się jeść ze stołu zrobionego z najprawdziwszej soli i spać na solnym łóżku.
I co z tego? - zapyta ktoś zadziorny, zresztą bardzo słusznie. Bo i co z tego? Zupełnie nic z tego! Bo człowiek od podróżowania i przebywania w różnych, dziwnych, odległych miejscach wcale nie musi stawać się ani dużo lepszy ani dużo szczęśliwszy. Więc rzeczywiście nic z tego. Po prostu tak się zaczyna kolejny odcinek z tych niewielu, które mi pozostały do napisania. Piszę siedząc na łóżku w moim pokoju w internacie w Bulo Bulo, do którego nagle zawitała przecudna, wiosenna pogoda.

***
Gdzie solniczka?

Za największa atrakcję Boliwii i według przewodnika Pascala „jeden z najbardziej surrealistycznych krajobrazów na Ziemi” uznaje się pustynie solne, tryskające gejzery i kolorowe laguny na południu tego ogromnego kraju. Oczywiście musiałam jechać i sprawdzić, czy ta atrakcja rzeczywiście jest atrakcyjna i jak te cuda wyglądają z bliska.

Tym sposobem znalazłam się na pustyni solnej (po hiszpańsku salar), w okolicach miejscowości Uyuni.
Sól była prawdziwie słona (sprawdziłam), mimo iż wyglądała jak śnieg.
I to w tamtych okolicach spałam na solnym łóżku, w hotelu całym zrobionym z solnych cegieł, w którym na stołach zupełnie zbędne są solniczki.I  czułam się prawie jak u nas w Wieliczce. A przecież Wieliczka hen hen za oceanem.
Tryskających gejzerów, co prawda, za bardzo podziwiać nie dało rady, bo nasza wycieczka dotarła do nich około 5 rano, kiedy to temperatura na zewnątrz nie przekraczała minus 20-stu stopni (naprawdę!) i nikomu nie chciało się nawet nosa wychylić z samochodu, aby zrobić gejzerom zdjęcie.  Jednak tę potwornie niską temperaturę wynagrodziła nam kąpiel w gorących źródłach, bo takowymi również dysponuje Boliwia tuż przy swojej granicy z Chile.
Ponadto wielobarwne laguny: czerwone, zielone. Kolorytu dodają im jeszcze różowe flamingi, które zwinięte w kuleczki wyglądają jak ogromne kwiaty na wodzie.
Coś w tym wszystkim jest. Miejsce unikatowe i wszystko pięknie. Pełen relaks i wyluzowane wakacje. Jednak nawet najbardziej wyluzowany urlop może w którymś momencie stać się zupełnie codziennym sprawdzianem z człowieczeństwa.
Bo wystarczy autostopowicz na jednej z tych odludnych dróg, jeden z tych, którzy mieli pecha trafiając na badziewne biuro podróży, jeden z tych, którym trzeciego dnia nad ranem zepsuł się jeep (przy tych minus 20-stu stopniach), naprawić się go nie dało, wrócić do cywilizacji nie ma czym, telefon nie ma zasięgu; wystarczy ten autostopowicz na drodze, aby w głowie pojawiła się myśl – o jeny, przecież jak się dosiądzie to będzie tak ciasno…
Ale dosiadł się. Na szczęście. Gadka - szmatka, nawet fajnie się gada, fajny człowiek. I po co tak głupio się pomyślało? Przecież do badziewnego biura i zepsutego jeepa mógł trafić każdy z nas. Skąd te myśli w człowieku? Te myśli głupie i egoistyczne?  Myśli, których żałuje się już w sekundę po ich zaistnieniu.

Ech, ja bym chyba chciała być aniołem. Albo, żeby zamiast Ewy była Ania.
Bo Ania by się za zrywanie jabłek raczej chyba nie zabrała.
 
No, dobra. Przechodzę nad tym do porządku dziennego.
W podroży powrotnej do Bulo Bulo zahaczyłam o Potosí (najwyżej położone miasto świata) i Sucre – konstytucyjną stolicę Boliwii, która dzięki swym fantastycznym kolonialnym zabudowaniom w białym kolorze wygląda jak panna młoda. Sucre, które sami Boliwijczycy zwą „białym miastem”, zachwyciło mnie. Zachwyciło swa innością, odmiennością od tego, co poznałam do tej pory. Boliwia ma tak wiele twarzy. Jest w Sucre zupełnie niezwykły taras widokowy, z którego nie tylko możesz oglądać całe miasto ale też wypić sok marchewkowy w kawiarence, która klimatem przypomina czerwcowy Kraków. Siedząc tam i patrząc miałam wrażenie, że nagle jestem w zupełnie nowym miejscu, nowej Boliwii, innej Ameryce Południowej.

A na placu głównym w Sucre zaczepił mnie chłopiec - czyścibut. No i dałam sobie wypastowac adidasy. A od słowa do słowa to nawet dałam się zaprowadzić do jadłodajni, żeby mu zafundować obiad. Łatwo mnie urobić. I wiem przecież, że on mnie właściwie naciągnał, ale z drugiej strony to kogo ma naciągać? Kiedy ja byłam mała mogłam prosić o slodycze i spełnianie moich zachcianek moja mamę, tatę, dwie babcie i dwóch dziadków, a taki dzieciak z ulicy ma pod ręką tylko daleką ciotkę, która nie ma zwyczaju gotować mu gorących obiadków.
Dziwny ten świat. I dziwne to, że więcej na świecie religii niż szczęśliwych dzieci, jak śpiewa świetny gwatemalski artysta, Ricardo Arjona.


***
Otwarcie łazienek.

Byłam kiedyś przy okazji u naszych znajomych sióstr. Jakoś w rozmowie wyszło, że dostały ostatnio zaproszenie na otwarcie łazienek. Na co??? Otwarcie łazienek?? Niewiele rozumiem, bo otwarcie łazienek kojarzy mi się jedynie z Pałacem Łazienkowskim w Warszawie, z otwarciem jakiegoś arcyważnego obiektu.
Poniekąd miałam rację, bo przecież sprawna ubikacja to jeden z najniezbędniejszych elementów rzeczywistości.
I z tego też powodu oddanie do użytku szkolnych sanitariatów trzeba uczcić z należytą pompą:

Zaproszenie na otwarcie modułu higienicznego.

Mamy zaszczyt zaprosić na inaugurację sanitariatów szkolnych,, które zostaną oddane do użytku przez firmę Cosmol dnia 11 kwietnia (piątek) 2008 roku o godz. 19.30.
 
Biorąc pod uwagę korzyść każdego z tysiąca uczniów, którzy uczęszczają do naszej jednostki edukacyjnej, powyższe wydarzenie jest nie do przecenienia.
Wpłynie ono znacząco na jakość życia naszych podopiecznych.

Licząc na Państwa obecność, pozdrawiamy serdecznie.
Z wyrazami szacunku,
W tym miejscu następuje cala litania podpisów (włącznie z podpisem pani sekretarki) i pieczątek (w liczbie sześć).

Fiesta rzeczywiście się odbyła. Co prawda, nie mogę powiedzieć, ze i ja tam byłam i miód i wino piłam, ale doniesiono mi, iż w wyznaczonym dniu widziano w okolicach wspomnianego przybytku edukacji dzieci w odświętnych białych bluzkach, ich wystrojonych rodziców, całe mnóstwo kolorowych balonów, stragany przypominające te odpustowe, a w tle boliwijska muzyka disco – bolo. A wszystko za przyczyną zakończonej modernizacji sanitariatów szkolnych…
Ech, gdybyśmy tylko potrafili w taki sposób cieszyć się ze wszystkich ważnych-nieważnych szczegółów naszego życia… Możnaby „fiestowac” 7 dni w tygodniu!


***

Siedzę na łóżku w moim pokoju w Bulo Bulo i jakoś dziwnie nieswojo mi na myśl, że za niespełna miesiąc mnie już tutaj nie będzie. I że być może nigdy nie zobaczę znowu małej Julii, tego jej uśmiechu i bystrych, ufnych oczek.
 
Wielokrotnie już wyjeżdżałam i wracałam. Były to powroty z miejsc stosunkowo podobnych do tego, gdzie jestem na co dzien. Żyłam tam podobnie i robiłam podobne rzeczy – zawsze coś dla siebie: studiowałam, odpoczywałam, zarabiałam. Pierwszy raz w życiu wyjechałam na tak długo gdzieś, gdzie życie jest tak odmiennego od tego, które znałam. Pierwszy raz w życiu wyjechałam również ze względu na kogoś drugiego, a nie tylko na siebie samą. I dlatego powrót jawi mi jako kolosalna zmiana.
 
Znowu będzie się trzeba przestawić na program: ŚWIAT. Bo tutaj czuję się, jakbym była poza nim.

Ania Bogdańska