Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: Porto Alegre  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży - odcinek 10

Kolorowy internat w Bulo Bulo – zbędny przepych czy enklawa normalności? (6 marca 2008)


Jeśli odwiedziłby nas ktoś przypadkowy np. z Polski, z pewnością odniósł by wrażenie, że nasz bulowiański internat odstaje od tutejszej rzeczywistości. Jest schludniejszy, ładniejszy, inny… Nie jest to bynajmniej spowodowane naszą chęcią szpanowania wysokim standardem lub spełniania ambicji.

Dlaczego więc tak nam zależy na tej inności?

Smutne twarze, brudne ściany. Na podłodze przydeptany lewy but i potłuczony talerz, który przestał czekać aż go wyniosą na śmietnik. Nikt z całej ósemki mieszkańców tego małego cuchnącego pomieszczenia już z niego jeść nie będzie, zresztą nie mają za bardzo, co jeść.

„To są właśnie misje, oto obraz prawdziwie misyjny” – pomyśli wielu. Owszem, jest to wymarzone miejsce do pracy misyjnej, ci ludzie ewidentnie są w potrzebie. Ale chyba nikt nie oczekuje od misjonarza, że siądzie razem z nimi na klepisku, by dumając nad stłuczonym talerzem, klepać biedę.

Przecież tym ludziom, tym dzieciom wychowanym w nędzy i beznadziei, wśród cuchnącej bielizny i zgniłych ziemniaków, tym dzieciom często opuszczonym lub wykorzystywanym przez własnych rodziców, tym dzieciom o spuszczonych głowach trzeba zaproponować jakieś inne rozwiązanie, pokazać im, że można inaczej, że nie muszą mieć przed domem ani szamba ani sterty puszek po piwie. Trzeba te dzieci zaprowadzić do miejsca, gdzie w doniczkach rosną kwiatki, które się podlewa, gdzie podłogę się zamiata, a ściany maluje jasnoniebieska farbą. Trzeba ich nauczyć innego życia. Sprowokować do myślenia, sprawić, by dostrzegły różnicę i zaczęły mieć marzenia i odwagę, by je spełniać.

Trudno jest to zrobić, pozostając z nimi na ich podwórku.

Internat żeński, który powstał przy parafii Matki Boskiej z Copacabany w Bulo Bulo jest swego rodzaju enklawą w całym miasteczku. Przekraczając bramę internatu masz wrażenie, że przechodzisz do innego świata. Bo rzeczywiście tak jest: przechodzisz do świata, w którym urodziły się i wychowały dziewczynki, które z nami mieszkają. To ich stary świat. Świat walących się chałup, stłuczonych talerzy i matki, która nigdy cię nie przytuliła i już tego nie zrobi, bo wyjechała do Argentyny.

Internat dzięki temu, że jest czysty, zadbany, dzięki temu, że jest ciepły i inny – może dać alternatywę. Życie w internacie może zaowocować tym, że nasze dziewczynki zaczną kiedyś inaczej rozumieć co znaczy dom, praca, rodzina, miłość, obowiązki, wychowanie, higiena…

Właśnie dlatego tak bardzo zależy nam, by internat nie przypominał domów rodzinnych naszych dziewczynek, w których często nie brakuje okrutnej przemocy, alkoholu i nędzy – w pierwszym rzędzie mentalnej, a nie ekonomicznej.

Dlatego właśnie dokładamy starań, by nasze dzieci miały czyste prześcieradła, by o 12 mogły zjeść ciepły ryż, który tak lubią, by mogły wypożyczać książki z biblioteki i uczyć się mnożenia przy pomocy edukacyjnych gier komputerowych.

Właśnie dlatego drzwi do ich pokoi malujemy zieloną farba olejną, a na ścianach wieszamy mapy świata. Właśnie po to, by zmienić ich patrzenie na ten świat i na możliwości, jakie im oferuje.

I to dlatego internat w swym założeniu miał być i jest po prostu miejscem ładnym i kolorowym. Jest domem. Domem, którego boliwijskie dzieci często nigdy nie mają. Domem bez przepychu, drogich sprzętów i wymyślnego wystroju. Domem bez marmurów i kryształów, ale też bez strachu i nieodpowiedzialności. Talerze, na których o dwunastej jemy ciepły ryż z pastą rybną są zwyczajne, plastikowe, ale są. Wiele z naszych dziewczynek nie wiedziało wcześniej, co znaczy talerz ciepłej zupy na kolację. Wiele naszych dziewczynek, mimo że ubrane w kolorowe bluzeczki, noszą w sobie historie całkowicie pozbawione koloru, historie opuszczenia, rozdarcia, niezrozumienia, historie o ludziach, którzy je przekreślili, zdradzili, ludziach, którzy – świadomie lub nie - jak gumką, chcieli wymazać z nich radość i pewność siebie.

My bierzemy ołówek i staramy się na nowo dopisać do ich życia to, co się zagubiło, to, co im bezkarnie wykradziono, mimo że jest tak niezbędne do życia.

Staramy się rozsądnie i efektywnie wydawać pieniądze, często ofiarowane nam przez hojnych ludzi o wielkich sercach i jeszcze większej wyobraźni. Próbujemy ze wszystkich sił dać naszym dzieciom choć namiastkę szczęśliwego beztroskiego dzieciństwa, mądrze je przy tym wychowując, stawiając im wymagania i wpajając wartości, z którymi mamy nadzieję będą szły przez życie.


Ania Bogdańska.