Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży – odcinek 7

Pamiętnik z podróży – odcinek 7

Boliwia poświąteczna, 8 stycznia 2007  

No jak tam brzuchy? Mój kiepsko. Tylko moja Mama robi lepszy sernik od sióstr Boliwijek. A co ciekawe, one go też nazywają „sernik”. Sernik przyjechał tutaj z Polski, rzecz jasna (w sensie, że został sprowadzony, zapożyczony), bo tutaj nikt nie robi ciast z serem, makiem czy jabłkami. Ewentualnie z dynią albo marchewką.
Oprócz sernika jadłam jeszcze Casita de bruja czyli Domek czarownicy. To jest chyba polski przepis, ale ja go poznałam w Boliwii, więc dla mnie jest boliwijski. 

Casita de bruja

Składniki:
- herbatniki
- pół kilo zmielonego białego sera
- szklanka cukru
– 2 żółtka
- 1 opakowanie masła 200g
- 2 łyżki kakao
- 1 łyżka wanilii 

Połączyć ze sobą masło i cukier przy pomocy miksera.
Dodać żółtka, zmielony ser i wanilię.
Podzielić otrzymany krem na dwie części.
Jedna z części pozostaje tak jak jest, do drugiej dodajemy kakao i mieszamy.  
Układamy herbatniki w trzech rzędach np. na plastikowej tacy.
Na wierzch kładziemy biały krem (ten bez kakao). I na to znowu krem brązowy.
Następnie herbatniki z bocznych rzędów wraz z kremem delikatnie unosimy do góry, tak aby się połączyły w formę trójkąta, i tym samym domku czarownicy.
No nie wiem, czy widzicie, co mam na myśli, ale w razie gdyby końcowa część przepisu nie byla jasna możecie sobie zjeść herbatniczki z kremikiem po prostu, pychotka.

W wigilię był zapowiadany kurczak, a na Nowy Rok świnka – już wiecie dlaczego i po co. I dużo owoców. A o północy 31 grudnia połyka się w Boliwii (tak samo jak w Hiszpanii) 12 winogron, myśląc sobie przy tym 12 życzeń, które naturalnie spełnią się w przeciągu kolejnego roku. Jeśli się komuś nie spełnią, to znaczy, że się za mało postarał. Bo według mnie marzenia generalnie służą do tego, żeby się spełniały, tylko trzeba je trochę popchnąć ku temu spełnieniu lub ewentualnie szturchnąć. Jak to mówi moja Mama: szczęściu trzeba pomóc. Marzeniom chyba też. Ja mam w zwyczaju szturchać te moje i żyć im nie daję póki się nie staną rzeczywistością. Czasem działa, polecam.  

W Boliwii, tak jak w Polsce, w domach i kościołach przygotowuje się żłóbek bożonarodzeniowy, w którym są zwierzaczki, pasterze, Trzej Królowie, Józef i Maryja...  i w ogóle wszyscy są, oprócz Jezuska. Jezusek pojawia się w żłóbku dopiero podczas pasterki (która w Boliwii odbywa się wcześniej, bo o północy wszyscy są w domu, siedzą i jedzą). Ksiądz wnosi Dzieciątko uroczyście do Kościoła na początku Mszy i usadawia je w żłóbeczku. A Boliwijczycy przynoszą swojego Jezuska do poświęcenia na Msze świąteczne, noworoczne i tak przynoszą aż do Trzech Króli, który to dzień tutaj (podobnie jak w Hiszpanii) jest nieco istotniejszą datą niż w Polsce. 

To tyle zwyczajnych opowieści o tradycjach i o tym, co na stole. Teraz będzie... boliwijska przygoda z dreszczykiem, pt.:  

Kap  kap

W dzień przed wigilią idę sobie ulicą. Słonko świeci, łażą dzieci i wszystko jak zwykle. Wysiadam właśnie z busika. Zamierzam odwiedzić koleżankę, wolontariuszkę z Polski, która pracuje w sierocińcu niedaleko. Tak więc wysiadam z tego busika, a tu kap kap. Myślę sobie - e tam, takie kap kap na pewno mi nie zaszkodzi, z cukru nie jestem to się nie roztopie. I idę dziarsko przed siebie, próbując sobie przypomnieć drogę do sierocińca, której tak jakby trochę nie pamiętam. Idę sobie, a to „kap kap” robi się coraz gęstsze, częstsze i jakieś takie silniejsze... Zanim dobrze pomyślę, niewinne „kap kap” zmienia się w śniegowy grad, który nie tylko w pół minuty moczy wszystkie moje łaszki, ale tez zaczyna mnie walić bezlitośnie po buzi, rękach i w ogóle gdzie popadnie. No takie, jakby to powiedzieć, lanie na całego, jakiego nigdy w domu od Taty nie dostałam (co się odwlekło, to nie uciekło). Mam wrażenie, jakby mnie bandyci napadli i właśnie leją, ile popadnie. Ani głowy podnieść do góry, żeby sprawdzić, jaka ulica gdzie. Więc, jako że drogi nie pamiętam, ze trzy razy włażę nie w tą ulicę co trzeba, w głowie mętlik, nie wiem czy śmiać się czy płakać (więc robię jedno i drugie). W między czasie włażę w kałużę do kostek, bo w 3 minuty zalało całą ulicę i nie daje się pani kałuży nijak wyminąć. A potem jeszcze, niczym dwustuprocentowy Kopciuszek, dwa razy gubię mój lewy złoty bucik, z tą różnicą że się po niego wracam, bo przecież boso nie będę się plątać, niczym jakaś Dziewczynka z zapałkami. Kiedy docieram wreszcie do sierocińca (jak widać przygoda ma szczęśliwe zakończenie, można odetchnąć z ulgą), żeby otworzyć bramę, muszę wleźć w kolejną panią kałużę do pół kolana, ale po tym nadchodzi szczęśliwe zakończenie: moja koleżanka i siostry prowadzące sierociniec, w strugach śmiechu (tak jakby było się z czego śmiać) biegną po ręczniki dla mnie i suche łaszki. Czyli generalnie przeżyłam i można powiedzieć, że pokonałam deszcz tropikalny. Tylko niech on już mnie nigdy więcej nie spotyka. Ale tak to jest wyjść z domu bez parasola   w boliwijską porę deszczową. 

A teraz malutka przygoda, związana z zakupami świątecznymi, pt.: 

Cytrynki 

Idę rano na targ robić zakupy. M.in. cytryny trzeba kupić w większej ilości do czegoś tam. Idę, patrzę, a tu pani Boliwijka sprzedaje na rogu cytrynki z koszyczka. W koszyczku ma ich może z 30, 40. Myślę sobie, no świetnie, to ja kupię wszystkie, a pani się ucieszy, bo sprzeda tak szybko i będzie mogła iść do domu. Podchodzę, pytam – ile? Odpowiedz - a no, tyle i tyle. No, dobrze –A za wszystkie, ile? - Wszystkie?? Pani otwiera oczy szeroko, zdziwiona co najmniej tak bardzo, jakbym się nagle stała cała różowa w zielone paski czy coś podobnego. Patrzę. Nie jestem ani różowa, ani w zielone paski, a Pani wciąż zadziwiona bardzo. Tłumaczę, że akurat potrzebuję dużo cytryn i dlatego chętnie kupię wszystkie, to chyba dobrze, bo Pani ubędzie towaru... Pani już nie patrzy, tylko spokojnym, cichym głosem wypowiada pytanie retoryczne następującej treści: - No, ale co ja będę wtedy robiła przez cały dzień?
Nie muszę dodawać, że wszystkich cytryn z koszyczka kupić się nie dało.    

To jest ta moja Boliwia, zastanawiająca, zaskakująca. Mimo że, może nie piękna i estetyczna w oczach Europejczyka, (który przybywa nie wiadomo skąd i wszystko wie lepiej), ale za to fascynująca i ciekawa. Jest to więc kraj co nie tyle „podoba się”, co pociąga i inspiruje. 

Jutro jadę na wycieczkę: moje ciekawe świata zielone oczęta ujrzą Jezioro Titicaca od strony boliwijskiej. Hurraaa!
To dobranoc.

Anka.