Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Pamiętnik z podróży – odcinek 3

Pamiętnik z podróży – odcinek 3

Guabira, 11 listopada 2007 (niedziela).

 

O tym, ile osób mieści się w boliwijskim samochodzie osobowym.

Witajcie,

 

Zdaje się, że ostatnia opowieść zakończyła się owocowo. Mówiąc o owocach zapomniałam dodać, że tutaj pomarańcze się pije, a nie je. Najpierw należy pomarańczę ostrożnie obrać ze skóry, tak by nie zrobić w niej żadnej dziurki. W przeciwnym razie sok, zamiast uradować podniebienie, uplami ubranko. Następnie, ścinamy jeden z końców pomarańczy i wsysamy się, jednocześnie naciskając owoc. I tak przez parę minut, aż pomarańcza opadnie na talerzyk bez sił, bez ducha i bez soku. Taką pomarańczę bez ducha też oczywiście można spożyć, jest już jednak taka jakby sucha.

Rzecz jasna, Boliwijczycy wynaleźli już specjalną maszynę w mgnieniu oka obierającą pomarańczę, a owoce gotowe do wessania się można nabyć na każdym rogu ulicy.

W czwartek po południu wraz z Elą i Armindą pojechałyśmy do pobliskiej wioski zwanej Naico. Ela to siostra z Polski, która przyjechała niedawno, jest świeża i nie wszystkiego jeszcze świadoma, tak jak ja. Arminda natomiast to młoda siostra Boliwijka. Jeździ do Naico raz w tygodniu, by spotkać się z tamtejszą młodzieżą w liczbie 14 osób, które przygotowują się do sakramentu bierzmowania.

Guabira jest położone pomiędzy Naico i Montero. Taxi-autobus ("trufi"), który dociera do Naico, jedzie trasą Montero-Guabira-Naico. Mieszkając w Guabira, logicznie byłoby złapać trufi właśnie tutaj. Może jednak się zdarzyć, że trufi dojedzie do Guabira pełny po uszy, łącznie z bagażnikiem. Dlatego my, przezorne dziewczyny, pojechałyśmy do Montero, by wsiąść do auta już na początku jego trasy. Jak się okazało, bardzo słusznie.

W Montero przyszło nam w pełnym słonku czekać jakieś trzy kwadranse. Wynik niezły, gdyż Arminda twierdzi, że czasem czeka drugie tyle. W Boliwii nie istnieje to, co w Polsce zwie się rozkładem jazdy. Nigdzie nie sprawdzisz, o której coś przyjedzie i czy jeździ w dni świąteczne. Nic nie sprawdzasz, po prostu wychodzisz na drogę i wiesz, że przyjedzie. I jak przyjedzie, to będzie.

Wraz z nami (które zajęłyśmy 3 tylne miejsca) do trufi wsiadła mama z córką, by zająć siedzenia obok kierowcy (jak już wspominałam, tutejsze przednie siedzenia przerabia się tak, by obok kierowcy siedziało wygodnie jeszcze dwóch pasażerów). Myślę sobie: -Mamy komplet, świetnie, można ruszać. (Bez kompletu, rzecz jasna, nie ma jazdy. Pan szofer nie rusza, bo jest nieekonomicznie, na klienta oczekuje się do skutku).

Ależ, gdzie tam komplet!!! Nieco sie przeliczyłam. Po prostu nie zwróciłam uwagi, że za moimi plecami jest jeszcze bagażnik – puściutki, tak jakby czekał, że ktoś go sobą zapełni. Tym kimś okazały się być dwie maleńkie dziewczyneczki o paznokietkach czarniutkich jak węgiel, którym moja Babcia paliła w piecu, oraz ich Tatuś. Żona Tatusia zajęła czwarte tylne miejsce powstałe w wyniku zsunięcia się ciał Armindy, Eli i mojego.

No to mamy dziesięciu pasażerów. W tym składzie jedziemy do Naico. Słonko praży, a ja przez okienko wystawiam do niego nosek. Nieźle mnie juz przyprażyło i może bym nawet była skora przymknąć okienko (wbrew mojej pasji do opalania). Byłabym, gdyby okienko się zamykało.

Nagle, przymrużonymi oczami widzę jakiegoś zbłąkanego pasażera, który macha, że niby chce do nas dołączyć. Otwierają się przednie drzwi. Mama bierze córkę na kolana. Pasażer zasiada z przodu jako ten czwarty. Zsumujmy: czterech z przodu, czterech z tyłu i trzech na samym tyle. Jedenastu pasażerów. W kupie raźniej.

Ela mnie szturcha, dusząc się ze śmiechu, mówi: -Tego się nie da opisać. Potem wyjmuje z torebki cukierki i rozdaje dzieciom obecnym na pokładzie. Dziewczyneczka z bagażnika szarpie papierek od cukierka swoimi czarniutkimi paznokietkami. Szczęśliwa cała. Zdaje się, że lubi cukierki.

Na koniec dodam, że przystanek jest w Boliwii tam, gdzie go stwarza pasażer. Masz wrażenie, jakbyś czytał Borgesa albo Cortazara: jesteś współtwórcą rzeczywistosci. Nie czytelnikiem, lecz autorem. Stwarzasz świat. Gdy wołasz: -¡Parada, por favor!, pojazd staje. Choćby to był środek ronda. Staje. Daję słowo.

Ściskam mocno,
Ania Bogdańska