Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Odkrywamy Amerykę - Wulkan Cotopaxi.

Dwóch studentów Szkoły Porto Alegre, Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka, postanowili, po ślubie, zrealizować swoje marzenie. Nie chodzi tu ani o nowe mieszkanie ani o dziecko ani o większy samochód. Nie. Nasi oryginalni studenci, już jako para małżeńska, zdecydowali się na baaaaaardzo długą wycieczkę po Ameryce Południowej. W najbliższym czasie będziemy przekazywać Wam ich wrażenia z bardziej czy mniej znanych miejsc. Możecie również dowiedzieć się więcej o naszych bohaterach i o ich wyprawie na specjalnie przygotowanej przez nich stronie internetowej. Adres to http://www.podroznicy.com.pl. Dziś pierwszy odcinek ich wyprawy. Życzymy milej lektury.

 

 

 

EKWADOR - Wulkan Cotopaxi (5 897 m.n.p.m.)

 

Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka

 

     Po długich dyskusjach, mimo obaw i strachu, który na zewnątrz głównie Dominika okazywała, podjęliśmy wyzwanie i postanowiliśmy spróbować zdobyć Wulkan Cotopaxi znajdujący się na wysokości 5 897 m n.p.m.)!!!!!
     Wybraliśmy agencję (gdyż tutaj już konieczny był przewodnik i specjalistyczny sprzęt), przymierzyliśmy sprzęt: buty, raki, spodnie przeciwdeszczowe i ciepłe polary, dodatkowe czapki, rękawice, ochraniacze, raki, czekany.... pozostało nam dokupienie napojów, czekolady, wypoczynek i wyspanie się przed czekającą nas wyprawą.....
     O 10 rano spotkaliśmy się w agencji, poznaliśmy naszego przewodnika – Israel, Amerykanina Allego, który również jechał oraz jego przewodnika. Na tej trasie przewodnik ma ze sobą maksymalnie 2 osoby. Dla 3 osób musi być już dwóch przewodników.
     Samochodem podjechaliśmy na wysokość 4500 m i stamtąd doszliśmy do schroniska na wysokości 4800 m n.p.m. (najwyższa dotychczasowa wysokość na jakiej byliśmy), gdzie mieliśmy wypocząć i spróbować się przespać. Nie wolno nam było dopuścić do zmarznięcia którejkolwiek części ciała, co nie było łatwe, gdyż temperatura w schronisku wahała się w okolicach 0 stopni. Dominika nawet na chwilę nie zdejmowała rękawiczek i czapki. O godzinie 18 była kolacja a potem czas na sen... dobrze się mówi tylko gorzej zrealizować: przede wszystkim pora nie taka jak do snu, dodatkowo wysokość i zimno... Ale trzeba było się postarać bo o północy mieliśmy pobudkę.....
     Małe śniadanie, ubranie się, ostateczne sprawdzenie sprzętu i przed pierwszą w nocy wyruszyliśmy.... W ciemnościach widać było tylko osobę idącą przed a w górze przed nami lub w dole za nami migające światełka lampek innych grup również zmierzających na Cotopaxi. Po godzinie doszliśmy do lodowca i tutaj był czas na założenie raków i dla bezpieczeństwa związanie się linami.
     Po raz pierwszy w życiu mieliśmy się wspinać po lodowcu (używać raków i czekana- przynajmniej Dominika) i po raz pierwszy w życiu znaleźliśmy się na tej wysokości.... Tak w ogóle to już kolejne rzeczy, i mamy nadzieje nie ostatnie, które na tym wyjeździe robimy po raz pierwszy w życiu.
     Chwila odpoczynku i ruszyliśmy.... każdy ze swymi własnymi myślami, wolno, w skupieniu i ostrożnie stawiając każdy krok, utrzymując przyczepność i równowagę, co z każdą chwilą stawało się trudniejsze z powodu wzmagającego się wiatru i padającego śniegu. Motywacja, adrenalina, determinacja dawały siłę do kolejnych kroków, wspinania się wyżej i wyżej.... Jednak pogoda nie sprzyjała.... silny, porywisty i przejmująco zimy wiatr powodował, że lepiej było, chociaż coraz ciężej, bez przerwy iść niż zatrzymywać się na odpoczynek bo momentalnie człowiek marzł. Było do tego stopnia zimno, że kiedy piliśmy napój izotoniczny, po wyciągnięciu z plecaka a w trakcie picia zdążył zamarznąć w plastikowej butelce – trwało to może minutę.... niesamowite.
     Dotarliśmy na wysokość 5 600 m n.p.m., zaczęło świtać, była godzina 5:30 rano, widzieliśmy ścianę lodu jeszcze przed nami, według Israela zostało jeszcze jakieś 2 godziny do krateru wulkanu. Dwie godziny po jeszcze bardziej stromym zboczu i bardziej odsłoniętym na wiatr... co dla nas było już nie do wyobrażenia gdyż w tym momencie wiatr nie pozwalał stanąć pionowo, najlepiej było być praktycznie przyklejonym do podłoża i przemieszczać się na czworakach....
     Przeszliśmy jeszcze parę kroków i przewodnik podjął decyzję o powrocie... wiatr był zbyt silny, widoków i tak żadnych nie było a dalsze wchodzenie stawało się coraz bardziej niebezpieczne, każdy kolejny krok był walką z wiatrem i własnym zmęczonym organizmem.... a już i tak wyglądaliśmy jak sople lodu.
     Niestety pogody nie można przewidzieć i zwłaszcza w górach nie zawsze udaje się zrealizować to co się chciało.... tego ranka żadna z grup nie dotarła na szczyt.... było zbyt niebezpiecznie. Jednak my byliśmy szczęśliwi – potwornie zmęczeni ale zadowoleni. Pokonaliśmy obawy, strach i podjęliśmy wyzwanie, spróbowaliśmy! Dotarliśmy na wysokość 5600 metrów! I co najważniejsze, mimo potwornego zimna i zmęczenia, spodobało nam się!!!! :-)

 


Wulkan Cotopaxi
 


Wulkan Cotopaxi