Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Odkrywamy Amerykę - KILKA PERUWIAŃSKICH CHWIL.



Peru zadziwia, zaskakuje i zastanawia. Po pierwszym pobycie za Andami wyjeżdża się z poczuciem niedosytu, iż kraj nie pokazał nam wszystkich swych tajemnic, największe trzymając w ukryciu tylko po to, by przyjechać ponownie i je odkryć.

KILKA PERUWIAŃSKICH CHWIL.

 

     Piotr Pluta

 

- Nie, señor, nie mogę przyjąć tych banknotów! – mieszanką angielskiego i hiszpańskiego oznajmia właściciel kantoru, iż nie przyjmie ode mnie do wymiany trzech studolarowych banknotów.
- Dlaczego?
- Bo są serii CB.
- A co to znaczy? – formułuję kolejne pytanie, szukając jednocześnie w portfelu innych studolarówek.
- To znaczy tyle, że ich nie przyjmę.
- Nie, to nie!
     Koniec i kropka. Nie chce mi się dalej prowadzić dyskusji, tym bardziej, iż jestem wykończony zmianą czasu, osiemnastoma godzinami spędzonymi w samolotach i dźwiganiem bagażu i nie mam zupełnie siły, by chcieć jeszcze rozstrzygać filozoficzne w swej istocie pytanie o to, dlaczego Peruwiańczyk w kantorze nie lubi banknotów z serii CB.
     Odpowiedź uzyskuję dzień później, gdy jeden z pracowników hotelu, w którym zamieszkałem objaśnia mi, iż na rynku lokalnym pojawiła się ogromna partia fałszywych studolarówek, z których wszystkie miały rzeczoną serię. Świetnie podrobione zapewne wciąż jeszcze są w obiegu i nie ma wielu odważnych, którzy by chcieli wchodzić z nimi w kontakt.

RUCHOME PUNKTY WYMIANY.

     Peru w znacznej mierze jest krajem dwuwalutowym. Choć oficjalną jednostką pieniężną jest nowy sol, to prawie wszędzie akceptowane są dolary amerykańskie. Większość bankomatów wydaje obie waluty, a pytanie sprzedawcy o to, czy przyjmie zapłatę w dolarach zazwyczaj kwitowane jest uśmiechem, zmieszanym z zakłopotaniem, iż musi on odpowiadać na pytanie oczywiste ze swej natury. By jednak uniknąć kłopotów z przeliczaniem cen i problemów przy kupowaniu biletów wstępu warto zaopatrzyć się w lokalną walutę. Jak widać z mojego przykładu, nie zawsze kończy się to sukcesem. Przemierzając kraj jeszcze kilkakrotnie próbowałem pozbyć się niewygodnych banknotów. Dwukrotnie mi się to udało: za pierwszym razem afisz przy punkcie wymiany z daleka informował, iż akceptowane są do wymiany banknoty serii CB, drugi raz miła pogawędka z wymieniającym walutę zrobiła swoje. Czterdziestokilkuletni Juan ubrany był dość niezwykle. Na koszulę nałożoną miał czerwoną kamizelkę z białymi napisami: cambio, dolares, euros. Był ruchomym i licencjonowanym przez państwo punktem wymiany walut. Stał przy jednej z głównych ulic stolicy i, gdy go spotkałem akurat rozmawiał przez telefon komórkowy. Początkowo nieufnie przyglądał się dwóm banknotom z portretem Franklina, by ostatecznie je przyjąć, przekazując na moje ręce kilkanaście papierków lokalnej waluty. Nie wiem, co bardziej go przekonało: moja szczera twarz, rozmowa o pamiętnym meczu Polska – Peru na mistrzostwach świata w 1982 roku w Hiszpanii czy uwaga, że nasze kraje mają podobne barwy narodowe. A może wszystko po trochu. Faktem jednak było, że swym zachowaniem nijak nie przypominał mi „koników” spod banków z czasów PRL-u. Przed nikim się nie ukrywał ani też nikogo mocno nie nagabywał.

SAMOCHODY Z DZIECIŃSTWA.

     Z dzieciństwa pamiętam prospekty samochodów z lat siedemdziesiątych i osiemdziesiątych, które przywoził przyjaciel rodziców z Zachodu. Datsuny, toyoty czy chewrolety imponowały mi, jako małemu chłopcu niesamowitym wyposażeniem, linią nadwozia i osiągami, podawanymi na ostatnich stronach kolorowych reklam. Marzyłem, by zasiąść za kierownicą któregoś z nich, wybierając wcześniej barwę lśniących lakierów. W Peru wspomnienia z dzieciństwa wróciły, gdy na ulicach miast obok ogromnych, nowoczesnych aut „made in USA” czy „made in Japan”, co i raz dostrzegałem moje dawne auta marzeń. Bez wyjątku wszystkie były zniszczone, przerdzewiałe, pokryte grubymi warstwami szpachli, rzadko miały sprawne wszystkie światła, wycieraczki czy klamki. Ale były. I jeździły, wspomagane zapewne modlitwą, chęcią czy choćby siłą woli. I choć kontrastowały z błyszczącymi cackami najnowszej generacji, w istocie były ich dopełnieniem. Jedne i drugie to przecież spełnienie pewnych marzeń: o mobilności, o wolności, o posiadaniu.
     A to ostatnie bywa w Peru szczególnie widoczne. Rezydencje mieszkalne w enklawach bogactwa bywają bezczelnie widoczne i są jednocześnie zasłonięte. Kierują ku obcym swą bogatą, kamienną twarz, by mocno kłuć w oczy, niczym druty kolczaste wokół ogrodzeń i wysokich murów. A wszystko to w kraju, który nie jest zbyt zamożny. Jest oczywiście nieliczna elita polityczna i finansowa, zamieszkująca pokolonialne dzielnice w stolicy lub luksusowe osiedla na pograniczach dużych miast, ale poza nią przeważają ludzie niezbyt bogaci, których codzienne problemy są prawdziwie rozumianymi troskami. To właśnie ich na prowincji widać najwięcej. Mimo trudów życia uśmiechnięci i serdeczni, zamieszkują gliniane chaty na wyżynach, nieotynkowane kamieniczki (którym jednak daleko do ich europejskiego szyku) w szarych od pyłu miasteczkach lub kartonowo-trzcinowe osiedla, wyrastające tam, gdzie zazwyczaj nikt do tej pory mieszkać nie zamierzał. Spontanicznie i samoistnie, bez zbędnych pozwoleń ale i bez podstawowych mediów, takich jak prąd, woda czy kanalizacja powstają peruwiańskie slumsy z dala od możnego świata. Jadąc autostradą transamerykańską od Limy w kierunku południowym trafia się co i rusz na bezkresne, gliniano-piaszczyste przestrzenie, na których kamieniami wytyczone są granice niewielkich posesji. One są zaczątkami osiedli, te zaś stać się mogą w przyszłości miastami. Ubogimi, ale żyjącymi. Gdy bowiem nie ma innej drogi, taka – samoistnego tworzenia osad na terenie pustynnym wydaje się jedynym wyjściem. Kartonowy boks zamienić się może w przyszłości w parterowy barak, ten po pewnym czasie podrośnie o jedno piętro, z którego szczytu wystawać będą druty, dając nadzieję na kolejną rozbudowę.
     Nikt z tym nie walczy, doskonale wiedząc, jak wielką siłą jest grono najbiedniejszych wyborców kraju. To między innymi, dzięki Indianom (którzy od czasów kolonialnych postrzegani byli jako obywatele gorszej kategorii) najwyższe stanowisko w kraju w latach 2001–2006 sprawował Alejandro Toledo. Prawnik z wykształcenia, jest przede wszystkim Indianinem, który choćby symbolicznie i choćby na krótko przywrócił rdzennej ludności poczucie dumy i własnej godności.

INTERNET.

     Nigdzie poza Peru nie widziałem tak wielu kawiarenek internetowych. Nigdzie poza Peru nie widziałem, by tak bardzo były zapełnione ludźmi w różnym wieku. I nigdzie wreszcie nie było to dla mnie zjawiskiem tak pozytywnym. W Puno, Cuzco czy Arequipie oznaczało to chęć bycia w świecie, potrzebę jego poznawania i wykraczania poza ramy, narzucone przez czas, miejsce i materialne możliwości. Bo tacy są Peruwiańczycy – niezwykle otwarci i bardzo ciekawi tego, co dzieje się poza Andami, poza dżunglą lub nieprzyjazną człowiekowi nadmorską pustynią. Parę słów po hiszpańsku potrzeba, by otwarły się ich serca i by poczuli się w obowiązku, by nam pomóc. Obowiązek traktują zazwyczaj, jako coś, co wynika z nich samych, nie zaś, za coś, co jest im narzucone. Serca Peruwiańczyków wciąż też otwiera Jan Paweł II. Wystarczy powiedzieć, że jest się z jego kraju, by stać się VIP-em w najmilszym tego słowa znaczeniu. Nikt do tej pory na arenie międzynarodowej nie upomniał się o prawa Indian w takim stopniu, jak właśnie polski Papież. Żaden też nie odwiedził ich wcześniej, pokazując tym samym, jak bardzo ich szanuje. I choć stało się to przed szerokim pojawieniem globalnej sieci komputerowej, ta niewątpliwie przyczyniła się do tego, iż Peruwiańczycy, świadomi słów, które usłyszeli, światem zaczęli się interesować.
     Popularność internetu wynika również z tego, iż wiele osób opuściło ten kraj „za chlebem” i klikając, pisząc listy elektroniczne i czatując, kontaktują się z bliskimi w Peru.

W POSZUKIWANIU WIECZNEJ ZIELENI.

     Znając Peru jedynie z obrazków, przedstawiających zielone Machu Picchu czy parki nadpacyficzne w Miraflores w aglomeracji limańskiej, można odnieść wrażenie, iż jest to bez wyjątku zielony i wilgotny kraj. Tymczasem duża część odwiedzanych przez przyjezdnych miejsc to pustynie lub krajobrazy półpustynne. Najdobitniej widać to kilkadziesiąt kilometrów poza Limą, dokąd nadmorską drogą rusza większość turystów. W drodze do Nazca, Arequipy czy Puno mijają ciągnące długimi godzinami hałdy piasku, rozwiewanego przez wiatr, wyschnięte połacie ziemi i ubogie w roślinność pola. Im dłuższa jest droga, tym humor coraz mniej dopisuje, ustępując miejsca rozczarowaniu i pytaniom: gdzie to zielone Peru?
     To na szczęście pojawia się, zarówno w miejskich enklawach, jak na równinach i w górach, do których docierają amatorscy i profesjonalni poszukiwacze dawnych inkaskich miast i miejsc magicznego kultu. Cuzco otacza miła zieleń, Arequipa może się nią cieszyć bez mała przez cały rok, a Machu Picchu to już prawdziwa uczta zielonych odcieni. Nie tylko zresztą zielonych, bowiem Andy, jak rzadko które góry świata pełne są barw i pastelowych kolorów. Tu foldery nie kłamią, choć można powiedzieć, iż nie do końca są w stanie pokazać wystarczająco wiele.

BEZPIECZNY – NIEBEZPIECZNY KRAJ.

     Peru ma dwie twarze. Twarz dużych miast i fizys prowincji. Chaotyczne, głośne i ruchliwe aglomeracje i spokojne przestrzenie, gdzie auto pojawia się nie częściej niż raz na godzinę. To sprawia, iż Peru jest jednym z bezpieczniejszych i jednym z najbardziej niebezpiecznych krajów świata. Bezpieczne, gdy jesteśmy wśród ludzi na prowincji, gdy docieramy na wyspy Taqulie i Amantami, niebezpieczne – gdy samotnie spacerujemy nocą po ciemnych zaułkach Limy czy Cuzco. Ta uwaga dotyczy nie tylko Peru, w nim jednak jest to szczególnie widoczne. Wystarczy wejść na skarpę w dzielnicy Miraflores i spojrzeć w dół, gdzie kilkaset metrów dalej ocean dotyka brzegu, by zobaczyć, iż przy kamienistej plaży mało kto spaceruje, mało kto cieszy się – chłodną niestety – wodą i mało kto na dłużej wysiada z samochodu na nadoceaniczną ulicę. Nie dlatego, iż jest tam brzydko, ale dlatego, że nie jest bezpiecznie, mimo sprawnie działającego oświetlenia miejskiego.
     Po przeciwnej stronie wahadła i geograficznie po drugiej stronie kraju, na jednej z kilku peruwiańskich wysp jeziora Titicaca można bez przeszkód wyjść w środku nocy na brzeg, usiąść przy świetle księżyca i nie czuć żadnego strachu. Mimo, że brak tam wielkomiejskich świateł, brak nawet policji, z charakteru samych mieszkańców wynika, iż goście traktowani są w sposób bardzo szczególny.
     Szczególnie czuć się można zresztą w całym kraju. Tu bowiem, na każdym bez mała kroku natrafia się na coś niesamowitego, egzotycznego i dla nas niezwykłego. Tutejsza codzienność jest inna, tutejsze życie toczy się innym biegiem. I to w turystyce zdaje się być wartością największą, pozwalającą uciec od ograniczeń swej własnej codzienności. A, że wylatując do domu z Cuzco czy z Limy ma się poczucie niedosytu, to odczucie całkiem normalne. Peru to bowiem kraj niezwykle skromny i wstydliwy, nie od razu prezentujący wszystkie swoje wdzięki.

Peru – powierzchnia 1.285.215 kilometrów kwadratowych. Ponad 4 razy więcej niż wynosi powierzchnia Polski.
Ludność – 24 miliony mieszkańców.

Język. 80 procent mieszkańców kraju mówi po hiszpańsku (zwanym tu językiem kastylijskim), 16 procent w quechua, zaś reszta innymi językami (w tym ajmara, popularnym w okolicach Puno).

W internecie: www.peru.info, www.peru.com.

Ciekawostki:
- wybrzeże peruwiańskie to najbardziej sucha pustynia świata, gdzie nigdzie nie pada deszcz.
- jezioro Titicaca to najwyżej położone jezioro żeglowne na świecie. Znajduje się na wysokości 3850 metrów nad poziomem morza i ma powierzchnię 8100 kilometrów kwadratowych.
- w Peru znajdują się dwa najgłębsze kaniony na świecie. Cotahuasi – 3500 metrów głębokości i Colca – 3200 metrów głębokości. Oba znajdują się w departamencie Areqiupa.
- w Peru do niedawna znajdowała się najwyżej na świecie położona linia kolejowa. Trasa od Limy do Huancayo, wybudowana przez Ernesta Malinowskiego przechodzi przez przełęcz Ticlio na wysokości 4818 metrów nad poziomem morza. Dziś najwyższa linia kolejowa przebiega w Chinach, łącząc Golmund z Lhasą (jeszcze nie eksploatowana).
- w latach 2005 – 2006 urząd premiera sprawował Pedro Pablo Kuczyński o mający polskie korzenie.

Peru ma trzy krainy geograficzne:
- wybrzeże (costa) - 10 procent powierzchni kraju,
- góry (sierra) – 30 procent powierzchni kraju,
- dżungla (selva) – 60 procent powierzchni kraju.

W Peru można bez problemu kupić liście koki i herbatę z koki, ułatwiające przebywanie na dużych wysokościach. Nie wolno ich jednak wywozić poza granice kraju.

 

Piotr Plutadziennikarz, podróżnik, pilot, przewodnik Od kilkunastu lat z wielką pasją podróżuje  odkrywając skarby, zwyczaje, uroki kolejnych krajów. Na długiej liście miejsc odwiedzonych przez niego są m.in. Hiszpania, Argentyna, Meksyk, Boliwia, Peru, Brazylia, USA, Chiny. Od kilku lat jego artykuły ukazują się na łamach Gazety Wyborczej oraz Nowego Dziennika (New York). Jego drugą wielką pasją jest fotografia. Celem jego obiektywu są ludzie, przyroda, wydarzenia kulturalne, budowle. Poprzez nie stara się uchwycić niepowtarzalne chwile i przybliżyć atmosferę i klimat odwiedzanych miejsc

 

Galeria zdjęć z Peru autorstwa Piotra Pluty.

 

hiszpański katowice
W drodze do Nazca

hiszpański kraków
Wybrzeże pacyficzne

portugalski katowice
W drodze z Arequipy do Puno

portugalski kraków
Spotkanie folklorystyczne w Cuzco

Porto Alegre
Spotkanie folklorystyczne w Cuzco

hiszpański portugalski kraków
Góry wokół Machu Picchu

hiszpański portugalski katowice
Machu Picchu


Katedra w Arequipie


Kościół w Chivay w Dolinie Rzeki Colca


Wyspa Taquile (La Isla de Taquile)