Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  ODKRYWAMY AMERYKĘ - Brazylia/Argentyna/Paragwaj (część II)

Dwóch studentów Szkoły Porto Alegre, Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka, postanowili, po ślubie, zrealizować swoje marzenie. Nie chodzi tu ani o nowe mieszkanie ani o dziecko ani o większy samochód. Nie. Nasi oryginalni studenci, już jako para małżeńska, zdecydowali się na baaaaaardzo długą wycieczkę po Ameryce Południowej. W najbliższym czasie będziemy przekazywać Wam ich wrażenia z bardziej czy mniej znanych miejsc. Możecie również dowiedzieć się więcej o naszych bohaterach i o ich wyprawie na specjalnie przygotowanej przez nich stronie internetowej. Adres to http://www.podroznicy.com.pl.

 

 

 

Brazylia/Argentyna/Paragwaj (część II)

 

Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka

 

2007.08.28, Urugwajska Colonia del Sacramento i pożegnanie z Buenos...

 

Humory humorami, stało się co się stało ale nie można się zamartwiać bo czas leci dalej a tamtego się nie odwróci. Dlatego też postanowliśmy zostać jeszcze jeden dzień, żeby pojechać jednak do opisywanej jako „urugwajska perełka” Colonii del Sacramento. Znajduje się ona na przeciwko Buenos Aires, tylko po drugiej stronie rzeki La Plata, która w tym miejscu ma kilkadziesiąt kilometrów szerokości i wygląda jak morze...

Kupiliśmy bilety na ogromny „szybki” prom Buquebus, który ten odcinek pokonywał w 50 minut (pozostałym promom zabiera to trzy godziny). Podobno jest to najszybsza flota na świecie. Taka motorówka gigant, która oczywiście Tomka zafascynowała i zamiast zabawiać żonę rozmową (hihi) przyglądał się pracującym silnikom i kłębiącej się za nimi wodzie.

Colonia del Sacramento, a właściwie jej centrum rzeczywiście okazało się być urokliwe, położone na niewielkim półwyspie, z trzech stron otoczone wodą (niesamowite wrażenie), z niską kolonialną zabudową, wąskimi brukowanymi uliczkami i klimatycznymi restauracyjkami czy sklepikami... Kiedyś był to ważny strategiczny fort portugalski a zarazem słynny port przemytniczy. Był środek tygodnia, poza sezonem więc miasteczko leniwie budziło się do życia, uliczki były wyludnione a kawiarenki i sklepiki otwierały się dopiero około południa... Pojedyncze osoby przesiadywały na ławeczkach czy progach domów popijając matę, łowiąc ryby na molo, spacerując czy jeżdząc na rowerze z trudem utrzymując równowagę na tych brukowanych uliczkach. Czas jakby się zatrzymał ... jakbyśmy byli w innej epoce. Również my wczuliśmy się w klimat powoli spacerując i napawając się urokiem miasteczka. Nawet nie wiemy, kiedy minęło kilka godzin i musieliśmy wracać na powrotny prom.

Stojąc w kolejce do kasy mogliśmy zaobserwować tutejszy zwyczaj witania się, który już wcześniej kilkukrotnie zauważyliśmy. Wiedzieliśmy, że na powitanie wszyscy sobie dają buzi ale jakoś trudno nam było to sobie wyobrazić między dwoma mężczyznami... U nas, akceptowane jest jedynie na „misia” a tutaj... W kasach pracowało 8 facetów. Kiedy staliśmy w kolejce na swoją zmianę przyszedł kolejny, który podchodził do każdego z pracujących, zamieniał z nim kilka słów, wówczas całkowicie ignorowali obsługiwanych klientów (co też jest tutaj dość powszechne) i dawali sobie buzi na powitanie. Jakoś dla nas wyglądało to dość dziwnie... właśnie wyobraziliśmy sobie taki zwyczaj u nas w biurach (hihih) a tutaj całkowicie naturalne.

Po powrocie do Buenos mieliśmy jeszcze chwilę na ostatni spacer ulicami, ostatnią pyszną kawę z medialuną (francuskim rogalikiem), wczucie się w klimat miasta a wieczorem autobus. Przed nami było 1400 kilometrów na południe i 20 godzin w autokarze...

Na koniec ostatnia uwaga dotycząca Buenos, które cały czas chwaliliśmy i pisaliśmy o samych pozytywach. Są też minusy tego miasta... pod względem czystości ma jeszcze wiele do zrobienia. Ulice są pełne śmieci, które widać, że nie były sprzątane od dość długiego czasu a dodatkowo Argentyńczycy uwielbiają psiaki, jest ich tak samo dużo jak i ich odchodów. Pod tym względem trochę przypomniało nam się centrum Krakowa... Nie tak jak w Rio, gdzie mogliśmy zauważyć, nawet bardzo eleganckie panie, które na spacerze ze swoim ulubieńcem miały obowiazkowo woreczek i po odchodach ich psiaków nie było śladu. Mimo to, Buenos i tak będzie dla nas najwspanialszym miastem Ameryki Południowej...

 

 

Argentyna

 

2007.08.29-30, Patagonia - Puerto Madryn i Półwysep Valdes

 

Po południu dotarliśmy do Puerto Madryn, północnej części Patagonii. Argentyńskie autobusy są całkiem wygodne, trzy posiłki, kilka filmów i 20 godzin jakoś nam minęło. Co nie znaczy, że po takiej podróży człowiek nie jest wymęczony a jego kręgosłup nie marzy o rozprostowaniu się...

W informacji na dworcu dostaliśmy namiary na najtańszy hostel, w którym też są organizowane jedne z najtańszych w mieście wycieczek na półwysep Valdes.

Zostawiliśmy plecaki i ruszyliśmy pooglądać miasto oraz w poszukiwaniu jakiegoś posiłku. Zgłodniali zajadaliśmy pizze w knajpce przy plaży. Dopiero po jakimś czasie zwróciliśmy uwagę na morze i ogromne stado różowych flamingów, które wyglądały niesamowicie na tle granatowej wody. A dalej za nimi pływało coś ogromnego. Nie mogliśmy uwierzyć – to chyba były wieloryby! Wiedzieliśmy, że można je pooglądać na półwyspie Valdes ale nie mieliśmy pojęcia, że podpływają również tutaj, na miejskie plaże. Szybko skończylismy jeść, żeby móc podejść bliżej. Z molo wieloryby były jeszcze lepiej widoczne, podpływały bardzo blisko... są niesamowite i takie ogromne! Już byliśmy szczęślliwi i zadowoleni, że tutaj przyjechaliśmy. Wcześniej się zastanawialiśmy czy jest sens jechać tak daleko na południe, zwłaszcza, że teraz nie ma sezonu na oglądanie zwierzaków ale nawet same wieloryby są tego warte!

W hostelu powitał nas jego właściciel – ogromny facet, z czarnymi kręconymi włosami, bardzo gadatliwy, głośny ale sympatyczny i cały czas uśmiechnięty. Na dzień dobry Dominika została wycałowana, Tomek wyściskany, zostaliśmy poczęstowani mate, zaproszeni do stołu i zaczęły się negocjacje. Po chwili dobiliśmy targu co do noclegu oraz wycieczki na półwysep dnia następnego. Chyba faktycznie jednej z najtańszych. Oczywiście właściciel nie omieszkał wspomnieć, że rachunek i kontrakt jest tylko do naszej wiadomości. Jak wszędzie, po negocjacjach proszą, żeby nie pokazywać za ile się wykupiło wycieczkę. A w agencjach było dużo drożej. Następnego dnia mogliśmy to zauważyć gdy przewodniczka zbierała od innych pieniądze. Najdziwniejsze w tych wszystkich krajach jest to, że za tą samą usługę, w tym samym czasie, w obrębie tej samej grupy każdy płaci inną cenę, w zależności od tego gdzie wycieczkę wykupił i ile udało się mu wynegocjować- jeżeli w ogóle próbował.

Nasz hostelik Kamaruko okazał się być bardzo sympatyczny z rodzinną atmosferą, w którym mieszkali i Argentyńczycy i turyści (mający ograniczony budżet). Wieczór spędziliśmy w towarzystwie dwóch Niemek, dwóch Austriaków oraz Argentyńczyka, który był nadwornym kucharzem i przygotował dla wszystkich kolację – specjalność tej częsci świata: empanadas.

Nastęnego dnia, na półwyspie mogliśmy przyglądać się wielorybom do woli. Na początek z brzegu i z plaży a potem, w Puerto Piramides, wypłyneliśmy łodzią w głąb zatoki i wówczas były już bardzo blisko. Momentami obawialiśmy się, czy nie zdecydują się wynurzyć będąc pod naszą łódką – ale sternik był spokojny i opanowany! Chyba z doświadczenia wie, że to się nie zdarza. Fajne, ogromne ssaki z tych wielorybów. Były nawet dwie matki z małymi wielorybkami. „Małymi” (hihi) - to w tym wypadku pojęcie względne bo taki maluch jak się rodzi to już waży 4-5 ton a w ciągu dwóch tygodni przyrasta o kolejne pięć ton. Dziennie wypijając około 100 litrów mleka matki ma z czego rosnąć.

Potem oglądaliśmy słonie morskie wylegujące się na plaży. Mogliśmy podejść do nich całkiem blisko, gdyż niewzruszenie wygrzewały się w słońcu, od czasu do czasu mierząc nas wzrokiem, ruszając ogonem, rozdziawiając paszczę czy pochrząkując. To są dopiero śmieszne stworzenia, z namiastką trąby (samce) i ogromnym cielskiem rozlewającym się na piasku... Niestety, nie jest to sezon na delfiny, orki czy pingwiny ale już te zwierzaki, które zobaczyliśmy były warte przyjazdu!!

Z wycieczki mieliśmy wrócić około 18:30 ale jak zwykle w Ameryce Południowej - mijała 20:00 kiedy dotarliśmy do hostelu. Wcale byśmy się tym nie przejmowali gdyby nie kolejny nasz autobus, który odjeżdzał o 21:00 a my nie byliśmy jeszcze do końca spakowani. Na dodatek w recepcji zapodział się gdzieś klucz do naszego pokoju i jak się okazało żadnego zapasowego też nie było. Trochę już byliśmy zdenerwowani ale właściciel ze swoistym sobie humorem nas uspokajał i co raz znosił na korytarz nowe narzędzia. W końcu, przy ogólnych okrzykach radości udało mu się rozwiercić zamek i otworzyć nam pokój. Żeby było śmieszniej zaraz potem, w recepcji na biurku, pod stertą papierów znalazł nasz klucz. To się nazywa utrzymywanie porządku (hihihi). Tymczasem my zdążyliśmy się spakować, pożegnać z serdecznymi właścicielami i spokojnie dotrzeć na autobus. Przed nami była kolejna noc jazdy i kolejne kilkaset kilometrów do pokonania. Tym razem w kierunku zachodnim- do argentyńskiej krainy jezior.

 

 

Chile

 

2007.10.13-15, Santiago de Chile i Valparaiso

 

Weekend w wielkim mieście...

 

Mimo że, samolot do Santiago mieliśmy dopiero późnym wieczorem, celem uniknięcia piątkowych korków w Limie już o piątej po południu wsiedliśmy do taksówki i pojechaliśmy na lotnisko. Tam trochę przesiedzieliśmy, potem lot, kolejna taksówka i już po pierwszej w nocy byliśmy w naszym hostelu w Santiago...

W sobotę rano obudziło nas słońce! Co tutaj, z powodu smogu nie jest taką oczywistą rzeczą. Nie wiemy do końca czy to pogoda – powietrze było rześkie, dość mocno wiało i dzięki temu nie było smogu za to świeciło piekne słońce, czy to miesięczny odpoczynek od miast i podróżowania spowodowały, że tym razem nasz odbiór chilijskiej stolicy był całkowicie inny. Przede wszystkim chciało nam się spacerować, zwiedzać i ogądać miasto. Tym razem dostrzegaliśmy jego uroki, piękne budowle, kamieniczki czy pomniki. Mieliśmy nową energię i dobre humory więc całe dwa dni chodziliśmy i korzystaliśmy z tego co oferuje w piękny wioseny weekend stolica Chile. W niedzielę, bardzo miło zaskoczyła nas miejska inicjatywa. Połowa pasów głównej drogi biegnącej przez centrum miasta była zamknięta dla ruchu samochodowego. Trwał właśnie dzień młodości, w którym propagowano zdrowy tryb życia, uprawianie sportów, ruch i zdrowy sposób odżywiania się. Zamknięta część drogi, tego dnia przeznaczona była dla spacerowiczów, rowerów, wózków, grup ćwiczących aerobik czy uczących się tańczyć... (to tak jakby w Krakowie na jeden dzień zamknęli Aleje Trzech Wieszczów). Odwiedziliśmy też muzeum sztuk pięknych a później oglądaliśmy pokazy klaunów, którzy za arenę wybrali sobie czteropasmową ulicę przed muzeum. W związku z tym, ich pokazy były w pełni improwizowane w zależności od tego, jak na ich wyczyny i psikusy reagowali przejeżdżający samochodami kierowcy...Zauważyliśmy również, że Chilijczycy upodobali sobie (chyba na wzór Amerykanów) wszelkiego rodzaju fast foody, których można tutaj spotkać setki i są dostępne praktycznie na każdym kroku. Najpopularniejsze (chyba ze względu na cenę) są hot dogi i wszelkie zestawy z nimi związane. Jada się je tutaj z avocado, oczywiście jako dodatek do obowiązkowej parówki... Również i my postanowiliśmy sprawdzić czym żywią się głównie młodzi mieszkańcy tego kraju...

W samym centrum Santiago znajduje się również „mercado central”ogromny targ, na którym można pooglądać wszelkie możliwe owoce morza dostępne w Chile w sprzedaży. Dodatkowo, w jednej z licznych, znajdujących się tam restauracyjek (na każdą kieszeń) można tych wszystkich cudów natury spróbować. Również my, na zakończenie pobytu w Ameryce Półudniowej wybraliśmy się na mariscos! Trzeba przyznać, że w połączeniu z chilijskim winem smakują wyśmienicie!

W ostatnim już dniu, po spakowaniu plecaków wybraliśmy się jeszcze do słynnego Valparaiso, oddalonego o 1,5 godziny jazdy od stolicy, które sami Chilijczycy uważają za najładniejsze miasteczko w kraju. Valparaiso, jeszcze przed wybudowaniem Kanału Panamskiego było dużym, bogatym i bardzo istotnym portem przeładunkowym Ameryki Południowej. Później jednak straciło na znaczeniu ale jego urok z wąskimi, stromymi uliczkami i bardzo ładnymi, kolorowymi kamieniczkami pozostał. Faktycznie miejsce jest idealne na zrelaksowanie się i jedno czy dwudniową ucieczkę z zatłoczonej, pełnej spalin i smogu stolicy.

Wieczorem, tym razem na prawie trzy godziny przed odlotem dotarliśmy na lotnisko. Jakoś nie chcieliśmy się już stresować i zastanawiać czy stojąc w licznych lotniskowych kolejkach zdążymy na samolot czy nie... Przed nami był trzynastogodzinny lot do Nowej Zelandii. Dokładnie po pięciu miesiącach podróży kończy się pierwszy jej etap jakim jest Ameryka Południowa. Przez ten czas przemierzyliśmy tysiące kilometrów, odwiedziliśmy wiele krajów, poznaliśmy ich bogatą kulturę, sposób życia mieszkańców. Poznaliśmy surowe andyjskie klimaty, warunki życia w górach, dżungli czy na wybrzeżach. Zobaczyliśmy tutaj piękną, dziewiczą przyrodę, napotkaliśmy wielu życzliwych ludzi na naszej drodze. Po pięciu miesiącach żegnamy się z tym kontynentem, z wszechobecnym tutaj językiem hiszpańskim i wpływami hiszpańskiej kultury, z tym co tutaj przeżyliśmy, co poznaliśmy i zobaczylismy, z lepszymi i gorszymi chwilami. Na tym kontynencie na pewno zostawiamy cząstkę naszego serca i mamy nadzieję, że kiedyś jeszcze będzie nam dane tutaj wrócić...

Przed nami zaledwie trzynaście godzin w samolocie i całkowicie zmieni się świat. Najdziwniejsze, że wylatujemy w poniedziałek wieczorem a lądować będziemy dopiero w środę rano. W tym czasie przekroczymy linię zmiany daty i jeden dzień ucieknie nam w kosmos... W Chile jest 6 godzin wcześniej niż w Polsce a jak dolecimy do Nowej Zelandii to będzie 11 godzin później niż w naszym kraju...

Przed nami kolejna wielka niewiadoma... Czy tam, w Nowej Zelandii ludzie faktycznie chodzą do góry nogami? Jak tam wygląda świat, jacy są jego mieszkancy i co tam nas czeka... Czas pokaże!