Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »  Odkrywamy Amerykę - Brazylia.

Dwóch studentów Szkoły Porto Alegre, Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka, postanowili, po ślubie, zrealizować swoje marzenie. Nie chodzi tu ani o nowe mieszkanie ani o dziecko ani o większy samochód. Nie. Nasi oryginalni studenci, już jako para małżeńska, zdecydowali się na baaaaaardzo długą wycieczkę po Ameryce Południowej. W najbliższym czasie będziemy przekazywać Wam ich wrażenia z bardziej czy mniej znanych miejsc. Możecie również dowiedzieć się więcej o naszych bohaterach i o ich wyprawie na specjalnie przygotowanej przez nich stronie internetowej. Adres to http://www.podroznicy.com.pl.

BRAZYLIA

 

Rio de Janeiro

 

Wzięliśmy sobie do serca opowieści innych podróżników i ostrzeżenia w przewodniku o zagrożeniach i niebezpieczeństwach Rio więc już w autobusie zaczęły się przygotowania – wszystkie dokumenty, karty i większą gotówkę, jak również całą naszą biżuterię czyli obrączki schowaliśmy głęboko, do dużych plecaków, tak by w razie czego mieć przy sobie pieniądze tylko na bieżące wydatki.... Przyjeżdżaliśmy późnym popołudniem i zaczęły się dywagacje jak dotrzeć z dworca do Copacabany. Christine w przewodniku przeczytała, że polecana jest taksówka, która niby na 4 osoby miała nie kosztować fortuny choć tutaj my byliśmy już dość sceptyczni. Czy aby trochę nie przesadzamy? No i na szczęście w informacji turystycznej na dworcu wskazano nam autobus, który bezpiecznie dowiózł nas na miejsce :) i obyło się bez zbędnych wydatków na taksówkę.

 

Mieszkanko okazało się być faktycznie 100 metrów od plaży Copacabana :):) hurrraaaa!!!!! No i mimo, że niewielkie to całkiem przyjemne i jak dla czterech osób w sam raz:). Na dodatek miało w pełni wyposażoną kuchnię co pozwoliło nam dość sporo pieniędzy zaoszczędzić na jedzeniu - okolice plaż Copacabana i Ipanema to jedne z droższych miejsc w Rio, zwłaszcza jeśli chodzi o restauracje. Nasz właściciel z góry pobrał opłatę jak i jej równowartość jako zwrotny zadatek, zostawił klucze, rowery :), życzył udanego pobytu, nie omieszkał ostrzec nas wchodzeniem na plażę po zmroku i uważaniem na złodziei. Na pięć dni mieliśmy mieszkanie do własnej dyspozycji :)

 

Pierwszego dnia przypadły nam w udziale rowery i dzięki temu mogliśmy dotrzeć do wszystkich, nawet najmniejszych i najbardziej schowanych malutkich plaż na południu Rio. Miasto jest piękne – rozległe wybrzeże, liczne zatoczki, wysepki a zaraz obok wznoszące się strome wzgórza porośnięte gęstym, zielonym tropikalnym lasem. A najlepsze jest to, że wzdłuż całego wybrzeża, którym można przejechać z Ipanemy do Centrum są scieżki rowerowe, parki i miejsca do ćwiczeń – drążki, sztangi, nawet można znaleźć instrukcje z ćwiczeniami do rozciągania się. A oprócz rowerzystów, o każdej porze dnia ścieżki te są pełne biegających, spacerujących i ćwiczących ludzi. Dla nas było to bardzo przyjemnym zaskoczeniem bo dawno nie spotkaliśmy się z taką aktywnością i taką ilością sportu. Częściowo mogli to być turyści spędzający wakacje w pobliskich hotelach ale większość wyglądała na miejscowych i to w każdym przedziale wiekowym. Największe wrażenie zrobiły na nas te prowizoryczne siłownie na świeżym powietrzu :) oraz ilość boisk do siatkówki na wszystkich plażach, gdzie cały czas a zwłaszcza wieczorami (gdyż wszystkie plaże są oświetlone) ktoś trenował i grał - nie pojedyncze osoby ale całe drużyny. Tak porównywaliśmy tą sytuację do naszej polskiej rzeczywistości no i stwierdziliśmy , że trochę im łatwiej. Sam klimat miasta, gdzie wielu ludzi mieszka zaraz przy plaży zachęca do wyjścia z domu, poruszania się – piękne widoki, plaże, słońce i co najważniejsze temperatura – właśnie trwa tutaj zima! Więc przy takiej zimie to aż się chce aktywnie spędzać czas na świeżym powietrzu :)

 

Wieczór natomiast spędziliśmy w jednym z barów, który znajdował się zaraz obok naszego mieszkania. I tutaj znowu różnice w porównaniu z tym co mamy w Polsce. Uliczne bary, to właściwie lada i kilka stolików: plastikowych czy takich prowizorycznych zrobionych z beczek po piwie i porozstawianych na chodniku – wszystko jest otwarte, nie wchodzi się do żadnych pomieszczeń a wieczorne życie toczy się praktycznie na ulicy. Więc jest głośno dużo ludzi, rozmów i śmiechu. Praktycznie w każdym z tych barów jest telewizor i codziennie wieczorem jakiś mecz piłki nożnej (nie wiadomo skąd oni te wszystkie mecze biorą). W naszym barze były nawet dwa telewizory i to z dwoma różnymi meczami więc w zależności od tego przy którym stoliku się siedziało inny mecz można było oglądać. Dominika siedziała na środku i miała rozdwojenie jaźni :)

 

Drugiego dnia rowery dostali Mrówka z Krychą a my mieliśmy plan zwiedzania miasta ale było tak piękne słońce, morze wspaniale szumiało a my byliśmy tak spragnieni plaż, że całe przedpołudnie spędziliśmy właśnie tam. Patrząc na tych wszystkich aktywnych ludzi też nam się udzieliło.... biegaliśmy wzdłuż plaż, ćwiczyliśmy i skakaliśmy po falach. Po południu wybraliśmy się na słynną „Głowę Cukru”. Niestety, nie da się tam wejść na nogach więc trzeba wydać 35 reali na kolejkę linową - widok jest pierwsza klasa !!! i naprawdę warto. Z góry można zobaczyć wszystkie zatoczki, plaże, wznoszące się góry i powciskane w to wszystko wieżowce Rio. Widok imponujący, zwłaszcza o zachodzie słońca i po zmroku kiedy zapalają się wszystkie światła. Miasto jest niesamowicie oświetlone a w tle góruje słynna figura Chrystusa (Corcovado – Monumento do Cristo Redentor ).

 

Czas mijał nam nie wiadomo kiedy. Kolejnego dnia znowu mieliśmy rowery i tym razem jeździliśmy po mieście- Centrum i okolicznych dzielnicach (Lapa, Gloria, Catete, Flamengo, Botafogo). Wszystkie niewielkie uliczki, parki, sklepiki, bazary, bary. Tu był już inny klimat niż w okolicach plaż. Dużo więcej ludzi, mniej turystów, pełno handlarzy wszystkim i niczym, więcej biedy i takie bardziej prawdziwe miasto. Okolice plaż Copacabany czy Ipanemy to taka wizytówka Rio, pełne turystów, drogich sklepów i restauracji, przepełnione policją i trochę odbiegające od tego jak wygląda normalne, codzienne życie miasta.

Próbowaliśmy się też dowiedzieć jak można wejść na wzgórze Corcovado, żeby zobaczyć jeden z nowo wybranych cudów świata czyli figurę Chrystusa. W przewodnikach jedyny podawany sposób to pociąg za kolejne 36 reali. My wiedzieliśmy, że można tam wejść na nogach ale nawet w informacji turystycznej nie uzyskaliśmy konkretnych informacji. Również w hostelu, w którym pytaliśmy powiedziano, że jest podobno ścieżka ale przecież w przewodnikach (tu czytaj Lonely Planet) piszą, że się nie poleca wychodzenia i oni właściwie nie rozumieją dlaczego wiele osób o to pyta. Dlaczego ludziom tak trudno zrozumieć, że niektórzy po prostu lubią chodzić po górach i takie wyjeżdżanie na szczyt, jeżeli można na niego wyjść, to żadna frajda (a to że jest za darmo to druga sprawa!).

Dodatkowo zauważyliśmy taką prawidłowość, że bardzo wielu turystów, w tym nasi współlokatorzy, traktuje przewodnik (czytaj znowu Lonely Planet lub Footprint) jak biblię i jeżeli czegoś tam nie ma to znaczy, że nie da się tego zrobić albo nie jest warte zobaczenia. Bardzo często w rozmowach mogliśmy usłyszeć, że coś jest „definitely higly recommended” albo „definitely NOT recommended” i co najdziwniejsze traktowali to jako pewnik. Przecież każdy ma inny gust czy upodobania i nie wszystko może być w przewodniku zawarte... Nie negujemy przewodników gdyż są bardzo przydatne i użyteczne, głównie jeśli chodzi o mapki, noclegi i pierwsze informacje o nowych miejscach ale brać wszystko tak dosłownie i żeby to było jedyne źródło informacji to WIELKA przesada.

Czwartego dnia postanowiliśmy jednak wyjść na Corcovado. Ścieżka na szczyt prowadzi z parku Lage. Tam też znajduję się jedyna, jaką udało nam się znaleźć, informacja wraz z mapką szlaku na szczyt, której nie omieszkaliśmy zrobić zdjęcia, żeby mieć ze sobą choćby prowizoryczną trasę. Całe szczęście ponieważ po kilkunastu minutach marszu zgubiliśmy tą ścieżkę. Przez nasze lenistwo, gdyż nie chciało nam się schodzić 100 metrów do miejsca, gdzie zboczyliśmy ze szlaku, przez kolejne 1,5 godziny przedzieraliśmy się przez gęsty, dziewiczy, atlantycki las. Szliśmy na azymut co jakiś czas porównując rzeźbę terenu z układem poziomic na zdjęciu naszej prowizorycznej mapki. Las tropikalny jest dużo gęstszy niż nasze polskie lasy, więc przedzieranie się przez niego po dość stromym zboczu nie było łatwe i nie szło nam zbyt szybko. Nawet jeśli pojawiało się zwątpienie to wizja powrotu tą samą drogą dodawała sił i energii dlatego z jeszcze większą determinacją brnęliśmy dalej. Wreszcie okazało się, że zarówno z czytania mapy jak i orientacji w terenie jesteśmy całkiem nieźli i pod koniec drogi dotarliśmy z powrotem do ścieżki, która po tych wszystkich chaszczachwydała nam się bardzo przestronna, łatwa i wygodna do wchodzenia:) Tutaj chcemy nadmienić, że wszystkie wzmianki o niebezpieczeństwach tej trasy są bzdurą, gdyż idzie się cały czas przez las, nie mija się żadnych faveli i jest całkiem sporo młodych ludzi wychodzących na szczyt. Jedyne co było prawdą to fakt, że ścieżka nie jest najłatwiejsza, dość stroma i nie radzimy wychodzić tam w klapkach czy sandałach a ze względu na dużą wilgotność jest dość ślisko. Zapożyczając pewien zwrot: trasa ta jest przez nas „definitely higly recommended”:):) Z góry roztacza się wspaniały widok a figura Chrystusa jest naprawdę ogromna. Tylko ta ilość turystów i wszechobecnych Japończyków robiących sobie miliony zdjęć trochę nam się nie podobała. Ale na to już nie mogliśmy poradzić. W ten sposób kolejny cud świata zobaczyliśmy na własne oczy :)

 

Wracać postanowiliśmy wzdłuż drogi, do najbliższego autobusu, którym dojechaliśmy do starej, kolonialnej dzielnicy Santa Teresa. Okazało się jednak, że nie musieliśmy schodzić nawet tych kilku kilometrów bo napotkana, kolejna miła osoba podwiozła nas do tego autobusu :) Dzień mieliśmy bardzo aktywny. Po spacerach w Santa Teresie, którą Mrówki się bardzo zachwycały (czyżby ze względu na „higly recommended” w LP?) a na nas nie zrobiła ogromnego wrażenia ale to rzecz gustów, zrobiliśmy sobie jeszcze wieczorny, kolejny, kilkukilometrowy spacer wzdłuż plaż. Byliśmy padnięci ale ponieważ był to nasz ostatni wspólny wieczór z Anthonym i Christine zakończył się dość późno w barze na plaży.

 

Mieszkanie na Copacabanie było super i bardzo wygodne ale czegoś nam w tym wszystkim brakowało – czyli nocnego życia i wszędzie brzmiącej samby, z której Rio właśnie słynie a przy plaży tego klimatu nie było..... Dlatego w piątek rano pożegnaliśmy się z naszymi współlokatorami, którzy ruszyli dalej a my przenieśliśmy się do innego miejsca. Hostel Villa Samba znajduje się w samym sercu Lapa, dzielnicy, w której narodziła się samba i która żyje właśnie nocą. Tak naprawdę to było to czego nam brakowało... W hostelu (14 osobowe pokoje) dowiedzieliśmy się, że jak chcielibyśmy się wyspać to nie ma szans. Właśnie w piątki jest na ulicach wielka impreza, wszędzie muzyka, pełno ludzi i tak do rana.... O to nam właśnie chodziło. Byliśmy w samym centrum – praktycznie w każdej z sąsiadujących kamienic były knajpki z muzyką na żywo, muzyka brzmiała na ulicach, we wszystkich barach, przydrożnych straganach – pełno ludzi i wszyscy tańczą. Najlepsze, że wystarczyło zacząć się bawić, od razu ktoś próbował nas nauczyć tańczyć sambę (co okazało się nie być takie proste- oni chyba te ruchy wysysają z mlekiem matki). W jednym z barów którym się bawiliśmy, królową pakietu okazała się być babunia, która ruszała się tak, że mogła jej pozazdrościć niejedna dwudziestolatka. Babunia była bardzo radosną i pozytywną murzynką, która na koniec nas wyściskała i wycałowała życząc udanej, dalszej podróży. Wszyscy byli niesamowici, tacy otwarci i przyjaźni – wystarczyło być uśmiechniętym a sami zaczynali z nami rozmowy, chcieli nas uczyć, coś nam pokazać czy dowiedzieć się czegoś o nas. To był klimat, którego nam brakowało Gdy kładliśmy się rano spać (i tak jako jedni z pierwszych w naszym pokoju bo pozostali szli spać po śniadaniu, które wydawano od 8 rano) to czuliśmy wszystkie mięśnie naszego ciała i niezłe zmęczenie :) Sobotnia noc czekała nas podobna więc dzień spędziliśmy dość leniwie spacerując po Centrum i odpoczywając na plaży. Tu mieliśmy niezły ubaw gdyż jak już zauważyliśmy wcześniej, Brazylijczycy upodobali sobie ubieranie swoich czworonożnych ulubieńców. Większość piesków chodzi w przeróżnych śmiesznych wdziankach ale po raz pierwszy widzieliśmy, żeby pies miał na sobie buciki i to z kokardkami hihihi :)

Podsumowując nasz tygodniowy pobyt w Rio - nic nam się nie stało, nie spotkaliśmy się z żadną nieprzyjemną sytuacją, nikt nas nie próbował okraść i oszukać, miasto było niesamowite a napotkani ludzie bardzo mili i otwarci. Zdajemy sobie sprawę, że te wszystkie ostrzeżenia i opowieści nie były wymyślone. Miasto może być i na pewno jest niebezpieczne ale też nie można popadać w paranoję strachu. Po tych wszystkich usłyszanych historiach podświadomie, na każdym kroku, wypatruje się złodzieja, osoby potencjalnie chcącej Cię obrabować. Ale to jest bez sensu. Trzeba po prostu być ostrożnym, nie nosić biżuterii, dużej gotówki i uważać z aparatem fotograficznym tak, by nie przyciągać uwagi w miejscach mniej bezpiecznych. My trzymaliśmy się Centrum oraz dzielnic na południe od niego (północne Rio to głownie favele, które z okien autobusu nie wyglądają zachęcająco). Mamy nadzieję, że nie jesteśmy jedynymi, którzy odnieśli takie wrażenie i mają tak wspaniałe wspomnienia po pobycie w tym mieście legendzie...

 

W niedzielę rano ruszyliśmy dalej. Przed nami wyczekiwany tydzień na pięknych, piaszczystych plażach Brazylii.....

 


Widok na centrum Rio z Głowy Cukru


Posąg Chrystusa Zbawiciela w Corcovado


Widok na Baía de Guanabara e na Glowę Cukru


Wnętrze Portugalskiej Czytelni Królewskiej (Real Gabinete Portugues de Leitura)