Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: www.portoalegre.pl  »  Artykuły  »   Odkrywamy Amerykę - Kanion Colca.

Peru ma szczęście do Polaków. Jeden z nich –Malinowski, budował wysokogórską kolej, inny – Małachowski, projektował domy. Były premier – Kuczyński jest potomkiem Polaków, grupa zapaleńców zdobyła zaś rzekę Colca, odkrywając dla świata jeden z najgłębszych kanionów.

 

NAJBARDZIEJ POLSKI KANION PERU.

 

Piotr Pluta

 

Do Kanionu Colca wyruszamy z Arequipy – urokliwego, postkolonialnego miasta w cieniu wielkich wulkanów. Peruwiański poranek wita nas przejrzystym powietrzem i lekkim, niezwykle orzeźwiającym chłodem. Przed nami niewiele ponad dwieście kilometrów drogi i - podczas niej – podjazd na wysokość prawie 5000 metrów nad poziomem morza. Nigdzie się nie śpieszymy, więc zaplanowana na cały dzień podróż będzie niezwykłą okazją do obserwacji indyjskiego altiplano – pełnego barw i kontrastów andyjskiego płaskowyżu.

Staramy się przyzwyczaić do wysokości, choć od Limy, przez cały pas pobrzeża, dopiero Arequipa powitała nas względnie wysokim położeniem. 2400 metrów nie imponuje, ale to już liczba podobna tatrzańskiemu Kasprowemu. Jeszcze nie mamy problemów z oddychaniem, ale szybciej niż na nizinach przychodzi zmęczenie szybkim marszem lub pośpiesznym wchodzeniem po schodach. Nikt z nas jednak stara się o tym nie myśleć, niecierpliwie czekając na wyjazd do najbardziej polskiego z kanionów globu. Kanion Colca, znany i wszechobecny w lokalnej kulturze, do roku 1981 był prawie zupełnie od strony rzeki niepoznany. Dopiero uczestnicy Polskiej Akademickiej Wyprawy Kajakowej CANOADES ‘79 przepłynęli bystrza i zakola rzeki pomiędzy 18 majem a 14 czerwcem tegoż roku, odsłaniając światu jej tajemnice. Po nich pojawili się kolejni przyjezdni, rozpoczynając modę na ten skrawek globu i odkrywanie zagubionych pomiędzy górami wiosek i osad.

 

W DROGĘ.

Już w Arequipie widać, jak wiele dobrego dla regionu zrobiła wspominana grupa Polaków. Wszystkie lokalne agencje turystyczne i biura podróży w swych ofertach dziś mają wyjazdy do kanionu, połączone z oglądaniem kondorów, wzlatujących majestatycznie o porankach na ciepłych prądach powietrznych. Pracę mają dzięki temu kierowcy, przewodnicy, hotelarze, restauratorzy i setki innych osób zajmujących się odsłanianiem turystom peruwiańskiego cudu natury. Kilka takich osób zajmuje się nami. Wybraliśmy wersję dwudniowego wyjazdu do Kanionu, by uniknąć wszystkiego, co złe: niepotrzebnego pośpiechu podczas wycieczki jednodniowej, znużenia i zmęczenia. Tyleż naszego, co i kierowcy. Takowe było w październiku 2000 roku przyczyną tragedii, gdy wracająca grupa polskich turystów spadła autobusem w przepaść. Zginęło dwoje Peruwiańczyków i sześcioro Polaków. Powodem było zaśnięcie kierowcy, zmęczonego kilkunastoma godzinami pracy.

Ledwie wyruszamy z Arequipy a już rozpoczyna się żmudny podjazd pod górę. Najpierw autobus, wyposażony w niezbyt nowoczesny silnik, pokonuje nachylone ulice miasta, mija lokalne lotnisko, by po kilkunastu minutach wjechać w górskie pustkowie. Droga wije się wokół coraz wyższych, prawie nagich skał, które porasta jedynie niska trawa i niewysokie krzaki. Wszędzie dominują odcienie beżu, delikatnie dopełniane nieliczną zielenią. Mimo, iż szosa jest asfaltowa, podmuchy wiatru co i raz wznoszą nad jezdnię tumany suchego, piaskowego kurzu, który przedostaje się przez nieszczelne okna pojazdu. To nam wcale nie przeszkadza. Choć podobny do pobrzeża Pacyfiku, krajobraz jest tu o wiele ciekawszy. Co kilkanaście minut pojawia się niewielka osada, co parę minut mijamy nadjeżdżające z naprzeciwka auta. Nie ma tu wielkiego ruchu i większość wiosek jest zupełnie wymarła. Stolica regionu i inne duże miasta przyciągnęły ludzi łatwiejszym życiem, niż na dalekiej prowincji, czyniąc tereny pomiędzy Arequipą, Puno i Colca prawie bezludnymi. Wielokrotnie w historii nieprzyjazne człowiekowi tereny próbowano ujarzmić i poddać kontroli. Ostatnim razem dekadę temu, gdy Alberto Fujimori, ówczesny prezydent kraju szumnie ogłaszał plan nawadniania suchych terenów. Niewiele z tego wyszło, gdyż oskarżony o przestępstwa kryminalne salwował się ucieczką do Japonii. Pamiątką po niezrealizowanej inwestycji są rury w szarych polach, nagle pojawiające się i równie nagle kończące się.

DROGI…

Wciąż jest przyjemnie chłodno, choć słońce świeci już bardzo odważnie nad szczytami gór. Wiatr co chwilę zmienia swój kierunek i siłę, błądząc pomiędzy górskimi zboczami, najczęściej jednak wiejąc wprost w czoło autobusu. W pewnej chwili zatrzymujemy się przed jednym z niezliczonych zakrętów. Peruwiański przewodnik wskazuje na skalistą ścianę tuż przy jezdni, gdzie zauważamy niewielką kapliczkę. „To na tym zakręcie zginęli wasi i nasi rodacy”. Mamy bardzo mieszane uczucia. Przed nami rozciąga się ponad stumetrowa przepaść, w której osiem osób straciło swe życie. Piękny a jednocześnie - w takiej sytuacji szczególnie przerażający krajobraz, uświadamiający, jak kruche jest ludzkie życie i jak niewielki wpływ mamy na jego bieg. Milczymy dość długo, do chwili, gdy nie zaczynam wspominać historii, którą usłyszałem od jednego z moich przyjaciół przewodników z Polski. Na jednej z wycieczek jego turystą był człowiek, który uczestniczył w tym wypadku. Mimo ciężkich urazów przeżył, jego żona zginęła. Od tego czasu podróżuje po świecie sam, odwiedzając te miejsca, które wspólnie razem planowani odwiedzić. W taki sposób jego żona nadal jest z nim blisko…

Po kilkunastu minutach ruszamy dalej. Gdzieś w dali drużbują nam majestatyczne wulkany. Tajemniczy Misti, wysoki Chachani i najważniejszy z nich – Ampato zdają się być trójką uwięzionych w skale potworów, które co pewien czas przypominają groźnymi pomrukami o swoim istnieniu. Ich zaśnieżone szczyty dają nam złudne poczucie, że wybuch któregoś z nich nie przytrafi się w najbliższym czasie. Nie możemy oprzeć się przemożnej chęci fotografowania wszystkiego wokół. Pozorna monotonia pastelowych kolorów ustępuje miejsca wielobarwnej palecie, nadzwyczaj subtelnych barw. Tam, gdzie na początku podróży widzieliśmy ich jedynie kilka, teraz dostrzegamy kilkadziesiąt.

Naszej, miejscami krętej drodze towarzyszy również linia kolejowa. Prowadząca z Arequipy do Puno nad jeziorem Titicaca, jest obecnie wspomnieniem swej niedawnej świetności. Transport pasażerski przejęły autobusy, towarowy – ciężarówki, które są najczęstszymi użytkownikami pokonywanej przez nas drogi. Nagle pomiędzy nimi pojawiają się auta rodem z opowieści kosmicznych. Rama podwozia, siedzenie dla kierowcy, silnik i osłona z plastiku. Nic więcej nie składało się na przedziwne konstrukcje. Cała kawalkada pojazdów bez karoserii (ale z widocznymi znakami volkswagena i mercedesa), która przez kilkanaście minut mijała nas z kierunku zachodniego okazała się być transportem podwozi samochodowych, z fabryki w Brazylii do fabryki w Chile. Zamiast wieźć wszystko na naczepach ciężarówek, pojazdy użytkowe są w taki sposób przewożone do miejsc docelowego montażu.

I BEZDROŻA.

Po paru godzinach jazdy, przerywanej nader częstymi postojami fotograficznymi, dojeżdżamy do Patahuasi. To punkt kontroli policyjnej i skrzyżowanie trzech dróg. Po przekazaniu bakszyszu w postaci puszki napoju gazowanego (sytuacja nader powszechna na peruwiańskich drogach), ruszamy ku drodze szutrowej. Z asfaltem żegnamy się na kolejnych parę godzin, tak, jak i z możliwością oddychania pełną piersią. Jest coraz wyżej. Zatrzymujemy się na - w tych warunkach obowiązkowy - przystanek na mate de coca, czyli orzeźwiający napój herbaciany z liści koki, na zakupy na straganach z pamiątkami i na kolejne, nie wiadomo które już zdjęcia. Chachani z perspektywy szerokiego płaskowyżu wydaje się szczególnie majestatyczny i mimo dużej odległości, prawie dotykalny.

Otoczenie staje się to raz zielone, to znów wraca do swych beżowych odcieni. Kępy porastających traw są najdogodniejszym miejscem do życia dla wikunii – zwierząt z rodziny wielbłądowatych (tak, jak lamy, alpaki i niezwykle rzadko spotykane guanako). Smukłe, dumne i niezwykle płochliwe pojawiają się co pewien czas przy drodze. Nie sposób ich udomowić, choć mimo tego mieszkańcy regionu znaleźli swoje sposoby, by ścinać ich wełnę, będącą cenioną na świecie za swą delikatność i wyjątkowe walory użytkowe.

Jeśli na jezdni asfaltowej kurz był czymś normalnym, tak na piaszczysto-kamienistej nie sposób od niego uciec. Zwłaszcza wtedy, gdy z naprzeciwka nadjeżdża ciężarówka lub rozpędzony autobus liniowy. Ich kierowcy przy każdym przejeździe starają się pobić rekordy prędkości, nie zważając na innych uczestników ruchu. Po kolejnych godzinach jazdy dojeżdżamy do Przełęczy Wiatrów. 4.988 metrów nad poziomem morza robi wrażenie i zapiera dech w piersiach. Dosłownie, bo bardzo brakuje tchu i to nie tylko za sprawą oszałamiających widoków dookoła. Dalekie sąsiedztwo ośmiu zaśnieżonych wulkanów to jedno, niedostatek tlenu, to drugie. Niektórzy z nas nie wychodzą nawet z pojazdu, by popatrzeć i ułożyć kamienną piramidę, na pamiątkę i ku czci dawnym duchom. Ja wygrywam ze swą słabością i maszeruję kilkadziesiąt metrów, mimowolnie uświadamiając sobie, że jednak świat się kręci przed oczami a zdobywanie wysokości himalajskich nie będzie nigdy moją specjalnością. Wieje niemiłosiernie mocno, spłycając jeszcze bardziej oddech. Szczęśliwie nie zostajemy na przełęczy zbyt długo, rozpoczynając szybki zjazd w dół.

W DOLINIE.

Kolejne zakręty, które powoli stają się nużące kierują nas ponownie ku zieleni i niskopiennym trawom. Po niemożliwej do policzenia drogowej agrafce wreszcie jest: Chivay – największe miasteczko w całej dolinie rzeki Colca. Do końca życia przyjdzie mi się dziwić, w jakich miejscach ludzie znajdowali i znajdują teren do życia, do osiedlania się i uprawy roli. Otoczona górami, daleka od pojmowanej w zachodni sposób cywilizacji dolina nie jest najwygodniejszym miejscem do życia. Przepaść codziennej wygody pomiędzy dwiema Amerykami jest ogromna, mniejszy zapewne poziom szczęścia, bowiem tak wielu uśmiechniętych ludzi nie miałem okazji dawno spotkać.

Chivay jest naszym miejscem docelowym podczas pierwszego dnia. Miasteczko, zbudowane w stylu kwadratów miast kolonialnych jest urokliwie spokojne i równie urokliwie miłe. Tym bardziej, iż jedna z jego ulic nosi nazwę Avenida Polonia – Aleja Polska. Biegnąca nad rzeką prowadzi ku leczniczym siarkowym basenom termalnym, zwanym La Caldera, czyli kocioł. Temperatura wody osiąga w nich do 40 stopni Celsjusza, więc nikt z nas nie odmawia sobie przyjemności długiej kąpieli. Połowa z nas czuje się po nim jak nowonarodzona, druga część odczuwa jeszcze bardziej problemy wysokościowe. Tak to niestety już jest, gdyż wysoka temperatura różnie działa na różne osoby.

Jest nam wielokrotnie niezwykle miło, gdy nasza polska narodowość otwiera mnóstwo serc. Gdyby nie polscy odkrywcy, być może cała dolina nie rozwinęła się w takim stopniu, jak to ma miejsce. Nie powstały by hotele, restauracje, mało kto by przemierzał długą drogę, by obcować z potężna przyrodą kanionu rzeki Colka, która swój bieg rozpoczyna wysoko w Andach na przełęczy Condorama Crucero Alto. Płynie ku Pacyfikowi, zmieniając swe nazwy na Majes i Camana. Gdy przepływa pomiędzy Chivay i Cabanaconde, chowa się w głębokim kanionie, zwanym, tak jak odcinek rzeki - Colca. Następnego dnia przyjrzymy się jej bliżej.

KU KONDOROM.

Wieczór, spędzony w małej kawiarence i na targowisku z pamiątkami, tak jak i poranek jest szczególnie chłodny. Wysokie góry bronią do późnego ranka przed bezpośrednimi promieniami słońca, nie pozwalając ziemi, by nagle mogła się nagrzać. Płuca aż bolą od świeżego powietrza, gdy po bardzo wczesnym śniadaniu, po obowiązkowej filiżance herbaty z liści coca wsiadamy do autobusu, by ruszyć w kierunku Cruz del Condor – krzyża, obok którego o poranku ku niebu wzlatują najpotężniejsze ptaki Andów.

Droga, w Chivay asfaltowa, ponownie staje się piaszczystym traktem, prowadzącym równolegle do rzeki obok kolejnych miasteczek. Zaglądamy do większości z nich, przejeżdżając pod łukami powitalnymi i zatrzymując się na głównych placach. Yanque, Achoma, Maca dumne są ze swych kolonialnych kościołów, odnawianych przy współudziale ambasady hiszpańskiej (czyżby nowa kolonizacja?). Są też uroczo małe, choć bardzo biedne. Małe skrawki ziemi, zamienione na poletka są często jedynym sposobem na osiąganie jakichkolwiek dochodów. Nieodparcie nachodzi nas refleksja, iż trudno by nam było przyzwyczaić się do tak ciężkiego życia. Nawet, jeśli dodatkowym wynagrodzeniem były by niezwykłe krajobrazy.

Dolina i rzeka były dobrze znane za czasów inkaskich i wcześniej, gdy wykorzystywano je jako drogę ku Cuzco i innym andyjskim miejscom. Pamiątką po tych czasach są groby, umieszczone na… ścianach górskich. Przypominają jaskinie lub okna w kamiennych ścianach, stworzonych przez Matkę Naturę.

Po niezbyt długiej jeździe, gdy droga to zwęża się to rozszerza, dąży ku górze lub stromo zjeżdża w dół, docieramy do najważniejszego punktu podróży. Mirador Cruz del Condor jest jeszcze pusty. Mamy więc czas, by spokojnie zebrać w całość dotychczasowe wrażenia i obserwacje. Tarasowe poletka, zbudowane przez Inków kilkaset lat temu, malownicze oczka wodne, których woda ma różne kolory i zawieszone po drugiej stronie rzeki małe miasteczka na długo pozostaną w pamięci. Podobnie, jak pojawienie się na nieboskłonie kondorów.

PODNIEBNI WŁADCY.

Około godziny ósmej rano, gdy powietrze jest wystarczająco nagrzane, swój podniebny taniec rozpoczynają ptasi władcy gór. Jednych z największych ptaków na świecie, będące symbolem Andów i Inków, swoje gniazda mają na dnie kanionu i o poranku wyfruwają do góry na polowanie. Polują na nie również turyści, licznie już okupujący o tej porze taras widokowy. Polowanie na szczęście jest tylko fotograficzne, więc nic złego ptakom się nie dzieje. Te odwzajemniają się swym szacunkiem dla ludzi, nie traktując ich jako swych wrogów. Mimo tej wiedzy, nie sposób nie poczuć ciarek na plecach, gdy ogromne, czarne ptaszysko o trzymetrowej rozpiętości skrzydeł przeleci kilka metrów nad głową.

Tym razem mamy wielkie szczęście. W powietrze wzbija się kilkadziesiąt różnej wielkości kondorów, krążąc bardzo długo nad rzeką, wijącą się półtora kilometra w dole. Nie jest tu najgłębiej, ale i tak ogrom kanionu robi oszałamiające wrażenie. Niektóre ptaki pojawiają się nagle, wzlatując zza ścian na unoszącym się powietrzu, inne przysiadają na wypustach skalnych, z nich startując pod niebo. Słońce silnie oświetla ich skrzydła, przydając dodatkowego blasku. Nie bez przyczyny mówi się o nich, iż są najbardziej wolnymi istotami w całym ekosystemie. Niezależne od innych, władają niepodzielnie wielkim kanionem.

Popadamy w prawdziwy trans, wodząc wzrokiem za wzlatującymi bez oznak wysiłku ptakami. Być jednym z nich choć na chwilę to marzenie większości z nas. Marzeniem jest również dla nas zejście w dół wąwozu. Nie mamy niestety ani potrzebnego sprzętu, ani czasu i przygotowania, by udać na kilkudniowy trekking. W duszach tylko zazdrościmy takiej możliwości, jak i zazdrościmy polskim kajakarzom, którzy w niedalekiej wiosce Cobanaconde 17 maja 1981 roku zeszli w dół, by następnego dnia rozpocząć spływ rzeką Colca. Będąc odkrywcami niepoznanych miejsc, mogli im nadawać swoje nazwy geograficzne. Dzięki temu w Peru są dziś Wodospady Jana Pawła II, Kanion Polaków czy Kanion Czekoladowy, w Chivay Aleja Polska, zaś w wiosce Cobanaconde Avenida de los Polacos - Aleja Polaków. Miło jest po takich ulicach spacerować, będąc dumnym z dokonań swoich rodaków.

 

Dolina rzeki Colca znajduje sie na południu Peru, w prowincji Caylloma, w departamencie Arequipa.

Przypuszcza się, iż Kanion Colca, mający 3.232 metry głębokości (liczone według punktów szczytowych ścian) nie jest najgłębszy na ziemi. Prawdopodobnie Kanion Cotahuasi, znajdujący się kilkadziesiąt kilometrów na północny zachód od Kanionu Colca ma 3.370 metrów głębokości.

W internecie: www.colcaperu.com.pe

Wysokości szczytów nad poziomem morza:
Coropuna – 6.425 metrów,
Ampato – 6.318 metrów,
Chachani – 6.075 metrów,
Misti – 5.825 metrów,
Sabancaya – 5.798 metrów,
Ubinas – 5.672 metrów,
Pichu Pichu – 5.664 metrów,
Mismi – 5.597 metrów,
Chuchra – 5.300 metrów.

Wysokość miejscowości nad poziomem morza:
Arequipa – 2.325 metrów,
Callalli – 3.867 metrów,
Sibayo – 3.810 metrów,
Tuti – 3.790 metrów,
Chivay – 3.633 metrów,
Yanque – 3.417 metrów,
Achoma – 3.450 metrów,
Maca – 3.262 metrów,
Cabanaconde – 3.287 metrów.

Skład Polskiej Akademickiej Wyprawy Kajakowej CANOADES ‘79: Jacek Bogucki, Marek Byliński, Zbigniew Bzdak, Piotr Chmieliński, Stefan Danielski, Stanisław Grodecki, Włodzimierz Herman, Tomasz Jaroszewski, Jan Kasprzak, Krzysztof Kraśniewski, Jerzy Majcherczyk, Andrzej Piętowski i Józef Woch.

Kondor wielki (olbrzymi - Vultur gryphus) - duży ptak padlinożerny z rodziny kondorowatych, zamieszkujący Andy począwszy od Wenezueli na północy po Przylądek Horn na południu. Upierzenie zasadniczo czarne, pokrywy skrzydłowe białe, głowa i szyja nagie, na granicy upierzenia pióra tworzą kryzę. Naga skóra różowawocielista. Samiec na głowie posiada mięsisty wyrostek. Długość ciała ok. 120-135 cm, rozpiętość skrzydeł ok. 310 cm, waga ok. 8-12 kg. Żyje w górach powyżej linii lasu oraz na innych bezleśnych i skalistych terenach. Na gniazda wybiera szczeliny skalne lub bardzo duże dziuple, w wysokich partiach gór lub na morskim klifie. Wyprowadza jeden lęg co dwa lata, składając jedno, rzadziej dwa jaja. Jajo wysiadywane jest przez okres 54-58 dni przez obydwoje rodziców. Pisklęta zdobywają zdolność do lotu w wieku około 6 miesięcy. Żywi się głownie padliną dużych ssaków, czasem również jajami ptaków morskich. (źródło: wikipedia.pl).

 

Piotr Pluta - dziennikarz, podróżnik, pilot, przewodnik Od kilkunastu lat z wielką pasją podróżuje  odkrywając skarby, zwyczaje, uroki kolejnych krajów. Na długiej liście miejsc odwiedzonych przez niego są m.in. Hiszpania, Argentyna, Meksyk, Boliwia, Peru, Brazylia, USA, Chiny. Od kilku lat jego artykuły ukazują sie na łamach Gazety Wyborczej oraz Nowego Dziennika (New York)). Jego drugą wielką pasją jest fotografia. Celem jego obiektywu są ludzie, przyroda, wydarzenia kulturalne, budowle. Poprzez nie stara się uchwycić niepowtarzalne chwile i przybliżyć atmosferę i klimat odwiedzanych miejsc.