Kursy językowe Poznań
Kursy Poznań
Znajdujesz się w: Porto Alegre  »  Artykuły  »   ODKRYWAMY AMERYKĘ - Brazylia/Argentyna/Paragwaj (część I).

Dwóch studentów Szkoły Porto Alegre, Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka, postanowili, po ślubie, zrealizować swoje marzenie. Nie chodzi tu ani o nowe mieszkanie ani o dziecko ani o większy samochód. Nie. Nasi oryginalni studenci, już jako para małżeńska, zdecydowali się na baaaaaardzo długą wycieczkę po Ameryce Południowej. W najbliższym czasie będziemy przekazywać Wam ich wrażenia z bardziej czy mniej znanych miejsc. Możecie również dowiedzieć się więcej o naszych bohaterach i o ich wyprawie na specjalnie przygotowanej przez nich stronie internetowej. Adres to http://www.podroznicy.com.pl.

 

 

 

Brazylia/Argentyna/Paragwaj (część I)

 

Tomasz Gniłka i Dominika Langer-Gniłka

 

2007.08.13-14, Brazylijsko – argentyńskie wodospady Iguaçu

 

Poniedziałek rano. Dotarliśmy do brazylijskiego Foz do Iguaçu. Przed nami słynne wodospady... ale na początek znalezienie noclegu. Wcześniej, w internecie wyszukaliśmy hostel prowadzony przez panią Ewelinę, której rodzice wyemigrowali z Polski (a właściwie podczas wakacji spędzanych w Ameryce Południowej zastała ich II Wojna Światowa dlatego tam już zostali). Tam skierowaliśmy nasze kroki. W sumie, cenowo hostel ten znacznie przekraczał nasz budżet ale zostaliśmy bardzo dobrze przyjęci (właścicielka cieszy się niezmiernie z każdych przyjeżdżających Polaków) i miło było rozmawiać w ojczystym języku. Pani Ewelina wszystko nam wytłumaczyła, gdzie jak mamy dojechać i co dokładnie zobaczyć. Jeszcze tego samego dnia wybraliśmy się na pierwsze spotkanie z Wodospadami Iguaçu - strona brazylijska. Po wejściu do parku specjalny autobus zawiózł nas pod Hotel Tropical de Cataractas (jedyny na terenie Parku Narodowego), gdzie rozpoczynała się trasa widokowa. Hotelik, przyznamy, wygląda imponująco – kiedyś, jak będziemy zarabiać już góry pieniędzy to tutaj wrócimy i właśnie tam się zatrzymamy hihihi. Pierwszy widok wodospadów nie zrobił na nas wrażenia... ale to okazał się być dopiero początek. Podążając wyznaczonym szlakiem co jakiś czas wyłaniały się dalsze jego częsci i nie mogliśmy się nadziwić, że są one tak ogromne i rozległe. Niesamowite! A wieczorem była niespodzianka, zostaliśmy zaproszeni do wspólnej rodzinnej kolacji...

Wracając do motywu czworonożnych ulubieńców, natrafiliśmy tutaj na cały, duży supermarket tylko z odzieżą dla psów! Szok! Może to jest jakiś pomył do wykreowania psiej mody również w Polsce hihihi.

Cały kolejny dzień przeznaczyliśmy na zwiedzanie strony argentyńskiej. Z hostelu organizowane są tam wyjazdy ale koszt jest dwukrotnie wyższy niż zrobienie tego na własną rękę, więc pojechaliśmy do Argentyny (Puerto Iguazú) miejskim autobusem.

Z tej strony, do poszczególnych wodospadów podchodzi się bardzo blisko- często człowiek jest mokry od ilości spadającej i kotłującej się wody więc efekt oraz wrażenia są całkowicie inne niż po stronie brazylijskiej. Tam ma się panoramiczny obraz a tutaj czuje się oraz słyszy ogrom i siłę wody. Do tego najpiękniejsze są permanentne tęcze. Mamy nadzieję, że zdjęcia chociaż częsciowo oddadzą klimat tego miejsca. Cały park jest bardzo dobrze przygotowany do przyjmowania rzeszy zwiedzających, szlaki są nawet przystosowane dla wózków, co nam się bardzo spodobało. Nawet więcej, przy wejściu można dostać specjalny „terenowy” wózek o wzmocnionych kołach przystosowany do pokonywania nierówności terenu. W Argentynie trasy są dużo dłuższe niż te po stronie brazylijskiej i warto przejść je wszystkie a po drodze można zogranizować sobie piknik...

Pierwsze, co nam się rzuciło w oczy po przekroczeniu argentyńskiej granicy to popularność picia Yerba Mate. Wszędzie: na ulicach, w autobusie, w parkach, na piknikach, podczas zwiedznia wodospadów można spotkać ludzi ze specjalnymi kubeczkami i obowiązkowymi termosami. Nawet dzieciaki ze szkolnych wycieczek w rękach dzierżyły termosy. Dla nas to dość dziwne, gdyż cały zestaw jest bardzo nieporęczny. Potrzebne są: odpowiedni kubek, yerba mate, cukier, specjalna rurka do jej picia (bombilla) i termos z gorącą wodą. A mimo to, wszyscy ją popijają.... To się nazywa tradycja i zwyczaje kulturowe.

 

2007.08.15, Brazylijsko – paragwajska hydroelektrownia Itaipu

 

Na ostatnim już śniadaniu w Hostelu Evelina spotkaliśmy grupę Polaków, którzy właśnie dotarli do Foz do Iguaçu. Od nich dowiedzieliśmy się o plantacjach i muzeum Yerba Mate w okolicy Apóstoles, należących do rodziny Szychowskich... Na naszej trasie pojawiło się więc kolejne miejsce do odwiedzenia. Ale tego dnia, przed wyjazdem do San Ignacio Mini czekała nas jeszcze wizyta w największej hydroelektrowni świata- Itaipu. Jest to projekt brazylijsko –paragwajski i wszystko tam zostało podzielone, dla każdego z krajów, dokładnie po połowie: po tyle samo pracowników, takie same powierzchnie, taka sama ilość turbin. Tutaj zaszokował nas rozmiar tego miejca. Z daleka wygląda po prostu jak trochę większa zapora... jednak po dotarciu na miejsce człowiek dopiero widzi jaka jest ogromna. Pracownicy, po galerii w której znajdują się generatory, poruszają się na rowerach albo elektrycznych wózkach (ma ponad kilometr długości). Dla uzmysłowienia sobie rozmiarów elektrowni kilka ciekawostek. Przez dwie turbiny (wszystkich jest 20) przepływa tyle wody co przez całe wodospady Iguaçu! Również niecałe dwie turbiny całkowicie zaspokajają paragwajskie zapotrzebowanie na energię. Prąd wytworzony przez 18 pozostałych generatorów (10 własnych i 8 paragwajskich) zaspokaja 25% brazylijskiego zapotrzebowania na energię. Porównując to do Polski, cała elektrownia zaspokoiłaby 65% polskiego zapotrzebowania na energię. W zbiorniku wodnym na rzece Paraná, zgromadzone jest tyle wody, że każdy mieszkaniec naszego globu mógłby otrzymać po 5 litrów. Do budowy hydroelektrowni Itaipu użyto takiej ilości betonu, która wystarczyłaby na skonstruowanie 210 największych na świecie stadionów piłkarskich – Maracana, i tyle stali ile potrzeba do wybudowania 380 wież Eiffla. Tego typu projekty są zawsze bardzo kontrowersyjne gdyż budowa tak ogromnej hydroelektrowni wiązała się ze znaczną ingerencją w środowisko naturalne za to teraz produkowana energia jest czysta i ekologiczna....

Kolejne punkty naszego programu to powrót po plecaki, dostanie się na granicę – zdobycie pieczątek wyjazdowych, dojazd do dworca w argentyńskim Puerto Iguazú i autobus do San Ignacio Mini...

 

Argentyna/Paragwaj

(w Brazylii misje też są ale tam nie dotarliśmy więc o nich tu nie piszemy)

 

Misje Jezuickie oraz Muzeum Yerba Mate 2007.08.15-17

 

Przed przyjazdem do Ameryki Poludniowej nie wiedzieliśmy właściwie nic na temat Misji Jezuickich a wydaje nam się to bardzo interesujące dlatego na początek mały wstęp historyczny a dopiero potem szczegóły naszych poczynań....

 

Rys Historyczny

Misje jezuickie w Ameryce Południowej były jedynym tego typu „tworem” na świecie. W sumie założono ich ponad pięćdziesiąt lecz w pełni rozwineło się 30 z nich, na terenie trzech państw: Brazylii (7), Paragwaju (8) oraz Argentyny (15), z których 7 zostało wpisanych na Listę Światowego Dziedzictwa UNESCO – São Miguel w Brazylii, San Ignacio Mini, Santa Ana, Nstr. Señora de Loreto, Santa Maria la Mayor w Argentynie oraz Trinidad i Jesús w Paragwaju. Misje były spełnieniem swego rodzaju utopii.

Na początku XVII wieku Ameryka Południowa była kolonizowana w bardzo ekstensywny sposób. Tereny, na których powstały misje były niejako areną walki o wpływy portugalskie jak i hiszpańskie. Portugalscy zdobywcy, rdzenną ludność zamieniali w swoich niewolników, natomiast hiszpańscy konkwistadorzy zamieszkujących te tereny Indian Guarani wysyłali głównie do morderczej pracy w kopalniach srebra w Potosi (szacuje się iż w tych kopalniach do tej pory zgineło ok 7-8 mln ludzi) lub zmuszali do pracy w tzw. encomiendach.

Tereny te były porośnięte gęstym lasem co utrudniało ich pełne wykorzystanie czy zdobycie. Korona hiszpańska na początku XVII wieku oficjalnie pozwoliła jezuitom zakładać swoje placówki a pierwsza misja powstała w 1609 r. Dwa lata później ustanowiono prawo ich ochrony. W każdej placówce znajdował się kościół oraz rada, w pełni niezależnie nią zarządzająca. Prawo to także zakazywało wstępu, na teren misji, Hiszpanom, Metysom oraz Czarnym jednocześnie gwarantując Indianom, iż nigdy nie będą musieli pracować w encomiendach. Wydaje się, iż właśnie ten ostatni warunek a także schronienie przed portugalskimi łowcami niewolników, jakie dawała misja przyczyniły się do ich wielkiego sukcesu.

Jezuici stworzyli całkowicie nowy sposób chrystianizacji. W zakładanych przez siebie placówkach gromadzono (redukowano – stąd słowo redukcje) ok. 2-10 tys Indian. Respektowano większość indiańskich zwyczajów a chrystianizacja odbywała się głównie poprzez sztukę – malarstwo, rzeźbę, śpiew. Każda misja była samowystarczalną jednostką lecz mimo to prowadziła ożywioną wymianę handlową z innymi misjami a także z Europą. Ich organizacja oparta była na całkowitej wspólnocie dóbr... tak naprawdę był to swego rodzaju utopijny raj komunistyczny. Lecz nie tylko śpiewem i mlekiem kraina ta płynęła... placówki te były w pełni zhierarchizowane i zmilitaryzowane... chyba troszkę nam to PRL przypomina. Misje były gnębione przez różnego rodzaju zarazy (średnia życia Indianina wewnątrz była o pięć lat krótsza niż poza misją !!!). Równocześnie, nierzadko stawały się one celem ataków portugalskich bandeirantes (łowców niewolników), co było przyczyną ich przenoszenia nawet o setki kilometrów i budowy od nowa.

W szczytowym okresie rozwoju wszystkie misje jako całość były tak naprawdę małą potęgą ekonomiczną. Zagospodarowały teren wielkości dzisiejszej Hiszpanii (!!!), a ich populacja liczyła 140 000 osób. Ta mała potęga ekonomiczna była jednak nie w smak hiszpańskiej koronie, nie czerpiącej z niej zysku. To właśnie doprowadziło do wygnania jezuitów z Ameryki Południowej. W znanym filmie „Misja” historia redukcji kończy się wraz z odejściem jezuitów... Ale tak naprawdę Hiszpanom nie chodziło o zniszczenie tej potęgi lecz o podporządkowanie jej sobie. Od momentu wygnania jezuitów w 1767 roku misje powoli podupadały gdyż nowi ich zarządcy (głównie franciszkanie i dominikanie) przede wszystkim nie znali języka guaranii (z tego powodu nie umieli się porozumiewać się z ich mieszkańcami) a także wprowadzali nowe praktyki religijne jak i organizacyjne, co burzyło dotychczasowy porządek. Prawdziwy kres misji przyszedł jednak w latach 1816-1819 głównie za sprawą „El Supremo” - Dr. José Gaspar Rodríguez de Francia, pierwszego dyktatora Paragwaju.

 

 

San Ignacio Mini - ruiny Misji Jezuickich

Po raz kolejny w trakcie naszej wyprawy okazało się, że nie warto wszystkiego dokładnie planować. Mieliśmy listę kilku hosteli w San Ignacio Mini, którą otrzymaliśmy od napotkanych w Foz do Iguaçu Polaków ale okazała się ona całkiem niepotrzebna. Kierowca autobusu, którym jechaliśmy zaproponował, że podwiezie nas pod same ruiny misji oraz hotel, pytając czy mamy gdzie spać. Ledwo się zatrzymał, zatrąbił znacząco informując o swojej obecności i zaraz potem przejęła nas kobieta z pobliskiego hotelu. Kierowca zdążył tylko nas poinformować, że na podstawie biletów autobusowych będziemy mieć zniżkę. Dodatkowo, ze względu na brak turystów, Tomek wynegocjował jeszcze lepszą cenę i w ciągu dwóch minut od przyjazdu zalogowaliśmy się w pokoju. W sam raz, żeby zdążyc na nocne zwiedzanie misji. Potem okazało się, że mieliśmy szczęście, gdyż wszystkie hotele z listy znajdowały się dalej i na pewno nie zdążylibyśmy na 19:00 do ruin. A tak, mieliśmy okazję pójść na tzw. „nocny spacer z przewodnikiem”, który opowiedział nam całą historię misji jezuickich w tym regionie, wczuć się w klimat dzięki oświetleniu ruin oraz puszczanej muzyce z tego okresu a następnie, w ramach tego samego biletu wrócić tam dnia kolejnego i zwiedzić muzeum oraz cały teren w świetle dziennym.

Dopiero po tym wszystkim, nieźle już zgłodniali zajęliśmy się znalezieniem posiłku. Tutaj, mieliśmy okazję, po raz pierwszy spróbować słynnych argentyńskich steków.... Przyznajemy, że wszystko co o nich mówią to szczera PRAWDA! Są ogromne, soczyste, aromatyczne i rozpływające się ustach – takiego mięsa to jeszcze nie jedliśmy! Do tego zimne piwo - pychota!

 

Apóstoles - Muzeum Yerba Mate

Kolejny dzień mieliśmy dość intensywny. Rano, jeszcze przed śniadaniem i wylogowaniem się z hotelu ruszyliśmy zobaczyć ruiny w świetle dziennym (to chyba jedyne muzeum na tym kontynencie, które jest otwarte od siódmej rano) a o godzinie 11:00 siedzieliśmy już w autokarze do Posadas. Tam, zostawiliśmy bagaże w przechowalni, a sami zmieniliśmy autobus na jadący do wspominanego już Apóstoles. Dotarliśmy tam.... i co dalej... wiedzieliśmy jedynie, że gdzieś tutaj w okolicy powinno znajdować się muzeum Yerba Mate. Była 14:30- trwała siesta. Miasteczko było całkowicie opoustoszałe, jakby wymarłe. Na dworcu dowiedzieliśmy się, że muzeum faktycznie istnieje ale 12 km dalej i znajduje się ono w środku niczego więc żadne autobusy tam nie jeżdżą. Obeszliśmy miejscowość wdłuż i wszerz. W jedynym napotkanym, otwartym barze uzyskaliśmy informacje, że na skróty będzie to około sześciu kilometrów. Co było robić. W końcu specjalnie po to przyjechaliśmy. Poszliśmy we wskazanym przez barmana kierunku. Niedługo skończyły się zabudowania, skończył się asfalt, wokół były pola i łąki. Po ponad trzech kilometrach nie napotkaliśmy na żadną informację o muzeum. Byliśmy w środku Ameryki Południowej, pośrodku niczego, nawet nie wiedzieliśmy gdzie dokładnie idziemy oraz czy dobrze idziemy... Trochę źli na własną bezmyślność zawróciliśmy. Chcieliśmy zdążyć na wcześniejszy autobus...

Miasteczko wyglądało już inaczej – pojawili się jacyś ludzie na ulicach oraz na dworcu. Wtedy nas olśniło, żeby zapytać taksówkarza. Chwila rozmów, negocjacji i znalazł się pan, który zdecydował się nas tam zabrać i na nas poczekać. Był razem z synem więc wszyscy razem zwiedziliśmy muzeum. Muzeum okazało się być upamiętnieniem dokonań Juana Szychowskiego, syna polskich emigrantów (facet był niesamowity, większosć maszyn, z których korzystał zrobił ręcznie!), którego rodzina posiada obecnie jedną z największych plantacji oraz firm produkujących Yerba Mate. Muzeum jest gratisowe i bardzo dobrze przygotowane, łącznie z nagraniami w każdej z sal ekspozycyjnych. Znajduje się faktycznie ponad 12 kilometrów od Apóstoles. Piechotą w życiu byśmy tam nie trafili! Dodatkowo zostaliśmy tam poczęstowani Yerba Mate a na do widzenia każdy jeszcze dostał upominek (ćwierćkilowe opakowanie produkowanej tam Mate). Byliśmy zadowoleni! Mimo początkowych komplikacji plan został zrealizowany a muzeum bardzo nam się podobało! Teraz tylko trzeba zakupić bombille (rurkę do picia Yerba Mate) i spożytkować otrzymane prezenty...

 

Trinidad - ruiny Misji Jezuickich

Po powrocie do Posadas zalogowaliśmy się w hostelu a kolejnego ranka ruszyliśmy do urugwajskiego Trinidadu – zwiedzić najlepiej zachowane ruiny jezuickich misji. Faktycznie, są one dużo większe i w lepszym stanie niż te w San Ignacio. Mają jednak ogromny minus, poza ruinami nic tam nie ma: żadnych informacji, opisów, wytłumaczenia, ani słowa o historii. Byliśmy zadowoleni, że przyjechaliśmy tam dopiero po odwiedzeniu San Ignacio. W przeciwnym razie znaczyłyby one dla nas tyle co nic – trochę kamieni a tak mogliśmy rozpoznać poszczególne jej części wiedzieliśmy z czego misje się składały i dlaczego tak wyglądały… Chcieliśmy w Paragwaju spędzić cały dzień ale tak naprawdę nie było tam zbyt wiele do zobaczenia. Charakterystyczne dla Ciudad del Este (przygranicznego miasta) wszechobecne targowisko ze wszystkim i niczym (marną tandetą) jakoś do nas nie przemawiało. Mając też na uwadze ogromne korki w Posadas woleliśmy mieć trochę czasu w zapasie (co okazało się całkiem słusznym podejściem), żeby spokojnie zdążyć na nocny autobus do Buenos Aires….

 

 

 

 


Wodospady Iguaçu - strona brazylisjka


Wodospady Iguaçu - strona brazylisjka


Wodospady Iguaçu - strona brazylisjka


Wodospady Iguaçu - strona brazylisjka


Wodospady Iguaçu - strona argentyńska


Wodospady Iguaçu - strona argentyńska


Wodospady Iguaçu - strona argentyńska


Wodospady Iguaçu - strona argentyńska


Hydroelektrownia Itaipu


Hydroelektrownia Itaipu